Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
wtorek, 06 października 2009
Podsumowanie kolorowego czytania

Wyzwanie dobiegło końca wcześniej niż miałam się za nie zabrać. Pewien zbieg okoliczności sprawił, że nie dane mi było skorzystać z wyzwania w pełni, ba! nawet nim się nie przejęłam. A szkoda, bo kilka odkryć podczas historycznego czytania zapadło mi w pamięć i mam zamiar być wierna niektórym autorom (Zweig zdecydowanie). Mogłoby być tak i tym razem.

Do wyzwania wybrałam trzy kolory: biały, czarny i złoty.

"Sto odcieni bieli" nie tknęłam, skoro leży na półce to oznacza, że jeszcze znajdę czas by przeczytać, poza wyzwaniową konkurencją.

"Złoty pelikan" Stefana Chwina podobał mi się, zmącił mój zaangażowany przeygotowaniami ślubnymi umysł, jednak recenzji nie napisałam. I pewnie już nie napiszę, bo w pamięci pojawiły się spore luki.

"Czarna topiel" J. C. Oates, której recenzję udało mi się umieścić na blogu wyzwaniowym.

Nie spisałam się dzielnie, ale może uda mi się nadrobić podczas kolejnych wyzwań. Dziękuje organizatorce za wyzwanie i wszystkim uczestnikom za ciekawe recenzję, które są nie lada inspiracją.

piątek, 17 lipca 2009
Mapa peryferyjna


visited 28 states (12.4%)
Create your own visited map of The World or another interesting project

Marniutko, marniutko, przyznaję się bez bicia. Nie sądze, zebym pozapominała za wiele jednak z przerażeniem zerkam na pustki w ajzatyckiej i afrykańskiej literaturze. Mapę zauważyłam u Chihiro i szybko pospieszyłam sprawdzić jak moje czytelnictwo się tu plasuje, nie powiem żebym była specjalnie zadowolona z tego. Jednak mogę teraz tylko liczyć na to, że wezmę się za siebie i nadrobię zaległości.

10:54, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (1) »
środa, 15 lipca 2009
Wyzwanie podjęte

 

Kolejne wyzwanie przed nami. Żadnej konkretnej listy co prawda do wyzwania nie wybrałam, jednak postanowiłam skupić sie na trzech kolorach: białym, czarnym i zlotym. W miarę klasycznie i niezbyt kolorowo, jednak wierzę, że czytelniczo ciekawie. Po krótkich przemyśleniach chciałabym przeczytać

"Sto odcieni bieli" Nair Preethi dla kulinarnej przyjemności,

"Czarną topiel" J. C. Oates by przekonać się do kryminałów i

"Złotego pelikana" Stefana Chwina bo tematyka intrygująca

Jednak moim założeniem było podpatrywanie ciekawych książek przeczytanych przez was i jak wiadomo, korzystanie z dobrej rady;) co też będę czynić. Już z niepokojem obserwuję rozwój sytuacji na wyzwaniowym blogu.

11:25, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 23 marca 2009
"Maria Antonina" Stefan Zweig

 

Płakałam rzewnymi łzami czytając o Marii Antoninie, płakałam nad jej losem, nad tym, ze nie da się cofnąć czasu, naprawić swych błędów, przeżyć swego życia jeszcze raz, pełniej, godniej i lepiej. Płakałam nad tym, że została wkręcona w tryby historii, zaszufladkowana i zamknięta w klatce swej królewskości. "Maria Antonina" to chyba ostatnia, już siódma, książka przeczytana w ramach wyzwania "Podróże w czasie", spokojnie mogę stwierdzić, że podobała mi się bardzo. Warto uczestniczyć w podobnych wyzwaniach choćby po to by móc przeczytać coś tak ciekawego, wzbogacającego i poszerzającego wiedzę jak powieść o Marii Antoninie. 

Stefan Zweig bardzo dokładnie i rzetelnie przedstawia życie Marii Antoniny, nie tylko jej zabawy i beztroskie imprezy w Wersalu ale i tę część życia w ktorej starala się nadrobić zaległości i zrozumieć zadania spoczywające na głowie narodu. Maria Antonina, arcyksiężniczka austriacka, wyszła za Ludwika Augusta Burbona, delfina Francji. Związek ten miał zapewnić spokój w Europie, w której panowały ciągłe wojny i walki. A ona opuściła swój dom bez gruntownego wykształcenia czy też elementarnej wiedzy o swym kraju, nigdy nie garnęła się do nauki ani nie próbowała rozumieć zasad polityki czy ekonomii. Jej mąż, równie niedojrzały i niewykształcony wykazywał jeszcze mniejsze zainteresowanie sprawami kraju, ponad wszystko pragnął jednego, spokoju.

Życie młodej pary kręciło się wokół strojów, dekoracji, polowań i rozrywek. Z obawy przed nudą Maria Antonina uczestniczyła w nocnych balach maskowych, wieczorkach hazardowych, wydawała krocie na to by uciec lub zbuntować się przeciwko protokołom czy etykiecie. Czuła się panią całego świata i nic nie mogło przeszkodzić w hulankach i swawolach organizowanych przez królową. Otaczała ją zgraja pochlebców i lizusów licząca na spore zyski płynące z samej znajomości z królową, które też i stawały się ich udziałem. I chociaż Maria Antonina była nawet mniej rozrzutna niż jej następczyni Jozefina społecznosć Francji okrzyknęła ją mianem Madame Deficit i obwiniła za fatalny stan gospodarki kraju.

Kiedy na swych plecach poczuła oddech Wielkiej Rewolucji Francuskiej było już za późno by nadrobić wszelkie straty wynikające z zamkniętego i dostatniego życia w Wersalu, by zainteresować się życiem zwykłego ludu i wziąć sprawy w swoje ręce, w końcu jej mąż nizdolny był do podejmowania decyzji i unikał brania na siebie odpowiedzialności jak ognia. Początkowa wielka miłość ludu do austriackiej księżniczki zamieniła się z czasem w wielką niechęć i nienawiść. Oskrżeniom nie było końca, począwszy od cudzołóstwa, zdradę stanu aż po molestowanie seksualne swego syna. 

Ta radosna i wesoła kobieta zamieniła się w dumną i spokojną kobietę zamkniętą w Temple, wtedy to zrozumiała wszystko i z pokorą znosiła swój los. A rozdział dotyczący ścięcia głowy Marii Antoniny przyprawił mnie prawie o spazmy. Podobno i lud Francji z czasem zaczął nad swą znienawidzoną królową litować. 

Bardzo ciekawa i dobra książka, czytając którą zapomina się zupełnie, że należy do kategorii nudnych książek historycznych.

Moja ocena: 5/6 

 

15:23, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (5) »
piątek, 13 marca 2009
"Wiosna kamieni"

 

 

Dziś podobno zima atakuje Polskę, za to za moim oknem słońce świeci dziarsko. Powietrze coraz cieplejsze, aż chce się spacerować, zmienić ubrania na lżejsze i raz na zawsze zapomnieć o zimie. Mam ochotę nawet sięgnąć po wiosenną lekturę pełną kwiatów, opisów przyrody, taką z której kart wyczuwa się palące słońce. 


Tymczasem "Wiosna kamieni" Pierra z wiosną niewiele miała wspólnego, to obraz panurego i smutnego średniowiecza owładniętego epidemią trądu. Brud, brak higieny i sztywnego kręgosłupa moralnego towarzyszy w książce tworzeniu niezwykłego dzieła jakim jest katedra Notre Dame. Jest w tej książce coś z "Pachnidła" Patricka Suskinda, w ktorej to tłum zebrany na placu oddaje się nadzikszej orgii zapominając o swej rzekomej prawości. Podobnie z budowniczymi katedry, bliskość swiątyni nie sprawia, że ich życie staje się prawe i czyste jak łza. To grupa porywczych mężczyzn pracujących ciężko by mieć za co wykarmić rodziny, najemników tworzących odseparowane wspólnoty, nie są ani tolerowani ani szanowani przez ludzi. Z jednej strony niczemu nie winna tłuszcza, z drugiej strony czułam do nich odrazę. 


"Wiosna kamieni" to historia tworzenia katedry w pocie, bólu, strachu i łzach. To opowieść o mistrzu Janie i jego uczniu (imiona już zdążyłam pozapominać), oraz o ich prywatnym życiu, miłościach, tęsknotach i wątpliwościach. Mężczyźni zadają sobie pytanie dotyczące roli twórcy, Jan uważa siebie za posłańca, narzędzie w rękach Boga, ktorego zadaniem jest spełnić swój obowiązek. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie mu dane zobaczyć swego dzieła i pokornie się z tym godzi. Z kolei jego uczeń pragnie cieszyć się życiem i w przeciwieństwie do swego mistrza uważa, że to on jest panem swego losu. Katedra jednak pozostaje w centrum jego świata i dla niej jest w stanie zapomnieć o ukochanej, Żydówce. Czy na zawsze? W książce pojawia się wielka milość i wiele błahych, typowo cielesnych miłostek.  


 Z kart lektury wieje grozą, ciemne społeczeństwo daje się sobą łatwo sterować, ale i łatwo ulega podszeptom i buntom. Średniowiecze odciska swe piętno również na zdrowiu bohaterów, zarażenie trądem jest wyrokiem śmierci i poprzedzającej "odsiadki" - samotności i opuszczenia w odosobnionym ośrodku dla trędowatych. Generalnie cieszę się, że skończyłam przygodę z "Wiosną kamieni" i obiecuję sobie, że nie sięgnę po lekturę o średniowieczu przez długi czas.

15:00, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (3) »
sobota, 07 lutego 2009
Imię Róży

 

 

Swego czasu wykazałam się ignorancją na miarę ludzi mediów, chciałam lepiej poznać literaturę włoską nie zauważywszy, że Umberto Eco do grona pisarzy włoskich należy. Co więcej, kiedyś jakieś podejście do Eco miałam jednak za młoda i zbyt niecierpliwa byłam a może i wybór padł na nieodpowiedni utwór, bo na "Zapiski na pudełku zapałek". Toteż teraz postanowiłam wykorzystać wyzwanie i nadrobić zaległości czytelnicze w kwestii literatury włoskiej. 

Strasznie wahałam się nad napisaniem recenzji książki "Imię Róży" na swoim blogu, bo to rzekomo ciężka książka, kiepsko się czyta i na dodatek zawiera tyle filozofii, która nie pozwala się książką cieszyć tylko zanudza. Tymczasem odniosłam zupełnie inne wrażenie. To naprawdę świetna powieść, którą można czytać na wiele sposobów i wielu płaszczyznach - w zależności od tego w którą chcemy się wgłębiać na taki poziom trudności trafimy. Dzięki temu do książki można wracać i wielokrotnie odnajdywać nowe, ciekawe elementy wcześniej przez nas nie odkryte, albo nie zrozumiane. Zdarzyło mi się powracać do jakiejś strony lub dwóch, żeby przypomnieć sobie stanowisko któregoś z mnichów na dany temat.

Po pierwsze jest tu wątek kryminalny, w myśl hitchcockowskiej wizji fabuły idealnej na początku pojawia się trup a później jest tylko gorzej. W roku 1937 w opactwie benedyktynów we Włoszech ma miejsce tajemnicze morderstwo bądź samobójstwo. Wilhelm z Baskerville wraz z uczniem Adsem z Melk przyjeżdżają do klasztoru, by pomóc w rozwikłaniu zagadki morderstwa. Szybko okazuje się, że giną kolejni mnisi, wszyscy w tajemniczo powiązani z biblioteką. Wilhelm jako były inkwizytor ma wyostrzony zmysł obserwacji i potrafi dostrzec to, czego nie widzą inni, i dlatego jest w opactwie potrzebny. Wydarzenia w opactwie opisuje Adso, uczeń i sekretarz Wilhelma i to jego oczyma śledzimy akcję. Wątek kryminalny wciąga, nie chce się od książki odchodzić. 

Drugą warstwą jest obraz religii w średniowieczu, wieki ciemne, triumf wiary i zarazem bojaźni sprawił, że wszelkie formy władzy posiadało duchowieństwo. To oni umieli pisać i czytać, dbali o księgi i zachowanie ich dla kolejnych pokoleń. Dlatego też czuli się lepsi od zwykłych ludzi, biednych i nierzadko dotkniętych przez los. Trzymanie przywileju pisania i czytania dla siebie pozwalało im zachować wysoki status. W opactwie tym toczy się dyskusja na temat ubóstwa mnichów, podczas tygodnia bogatego w wydarzenia odbywa się spotkanie wysłanników papieża ze zwolennikami ubóstwa. Kościół sprzeciwiał się postawie św. Franciszka, która to rzucała cień na bogactwa i zbytki dostępne dla papieża i kościoła w ogóle. „Imię Róży” zawiera mnóstwo fragmentów i dysput związanych ze stanem kościoła w średniowieczu. 

Mamy tu też rozważania na temat śmiechu, wiedzy i dążenia do jej zdobywania czy nawet kilka słów o miłości. Krótko mówiąc, powieść jest ciekawa, im bardziej się wgłębiamy tym więcej elementów dostrzegamy. Że już nie wspomnę o tle historycznym – średniowiecze stało się dla mnie bardziej zrozumiałe, zawsze postrzegałam je jako wieki ciemne, łatwowierni i bojaźliwi ludzie, którzy niewiele maja do powiedzenia o swym życiu. Eco przedstawia średniowiecze „od kuchni” co pozwoliło mi znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego tak się właśnie dzieje. 

18:46, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 stycznia 2009
Vermeer i służba

O Vermeerze dowiedziałam się ze stron "Zeszytów Literackich", gdzie ktoś ciekawie napisał szkic o tym malarzu. Być może to był to fragment czegoś większego, rozdział książki, nie wiem. Próbowałam szukać, ale jak na złość numery archiwalne rozeszły się po zakamarkach mieszkania, być może ktoś z Was mnie oświeci kto tak pięknie o Vermeerze pisał. 

Do rzeczy: nie wiem czy nie wolalabym posiedzieć w muzeum Mauritshuis w Hadze, gdzie znajduje się aktualnie obraz Vermeera "Dziewczyna z perłą" niż przeczytać książkę Tracy Chevalier. Bo chociaż jakoś nie mam nic jej konkretnego do zarzucenia to odnoszę wrażenie, że to tylko takie czytadełko. Podobały mi się tylko delikatne opisy światła panującego w gabinecie holenderskiego malarza.

Tracy Chevalier powieść swą osnuła wokół obrazu Jana Vermeera "Dziewczyna z perłą", to wymyślona przez autorkę historia powstania tego dzieła i pokazująca proces tworzenia z perspektywy osoby malowanej. Dziewczyna z perłą to po prostu służąca w domu Vermeerów, która trafiła tam po niefortunnym wypadku swego ojca. Stracił on zdolność do pracy co znacznie zubożyło rodzinę, dlatego też Griet musi pracować jako posługaczka i pomywaczka. Co mnie wcale nie zaskoczyło, pomiędzy Griet a Vermeerem tworzy się tajemnicza nić porozumienia, ta zwykła dziewczyna staje się jego muzą. 

W rzeczywistości nie wiadomo kto pozował do tego jednego z nielicznych potretów malarza, Tracy Chevalier więc "poszła po bandzie". Wybrała jedną "z ludu", skromną i pracowitą dziewczynę i postanowiła stworzyc intrygującą historyjkę. Z pozoru idealny przepis na bestseller: weź biedną ale piękną chłopkę, niech zdobędzie serce wyższego rodem, pokaż nierówność społeczną i konflikt religijny. Z tym, że wszystko to pani Chevalier zrobiła po łebkach. Griet i Vermeer to niby jakiś związek, jednak żadnej w nim namiętności, bólu miłości nie widać, nawet w sumie nie byłam przekonana czy pomiędzy nimi iskrzy. I żeby było jeszcze śmieszniej to Griet mądra i inteligentna jest, i wychowywać dzieci umie, i zmysł artystyczny ma, jak każda służąca;). Tylko szkoda, że jak bolą ją ręce od pracy, to mimochodem jest to wspomniane. Żona malarza, z pozoru zła, nie zrobiła na mnie wrażenia jędzy, a litość raczej. Że już nie wspomnę niegodziwego więc braku jakichkolwiek emocji u każdej postaci.

Niby to historyczna powieść, a jednak niewiele w niej historii. Mogę tylko panią Chevalier docenić za naszkicowanie tła, subtelne oddanie obyczajowości tamtych czasów i realiów życia codziennego. 

A swoją drogą to przyznaję, że wybrałam "Dziewczynę z perłą" dla tłumacza Krzysztofa Puławskiego, który to poprawiał moje prace wieczorami w czasach burzliwych studenckich. I chociaż nie ciągnęło mnie do niej specjalnie to ciekawość zwyciężyła. Gdybym miała polecić podobną w tematyce i miejscu akcji książke to zdecydowanie "Pasja życia" Irvinga wygrywa z "Dziewczyną z perłą". Czytałam na wakacjach ze znajomymi i zamiast spijać piwka i grać w karty ryczałam nad Van Goghiem i nic nie było mnie w stanie od "Pasji życia" odciągnąć. 

15:18, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 stycznia 2009
Czas Magellana

Zwlekanie z pisaniem recenzji wiąże się z powracaniem do przeczytanej książki jakby przymusowo, nie dobrowolnie. Jakoś ciężko mi myśleć i jakiejkolwiek innej książce niż ta, którą w danym momencie czytam, dlatego też i pisanie recenzji jest już czynnością sztuczną. Zdecydowanie lepiej pisać na gorąco, jeszcze analizując i myśląc nad poszczególnymi fragmentami książki niż starać się sobie przypomnieć o czym to się myślało "w trakcie". Dlatego w ramach noworocznych postanowień obiecuję sobie pisać zaraz po, przed sięgnięciem po kolejną pozycję z przygotowanego stosiku.

"Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi" to moja kolejna wyzwaniowa lektura. Jako, że nie jestem pierwszą osobą opisującą wrażenia po tej ksiażce (quaffery stworzył piękną recenzję) i nie będę opisywać fabuły: w skrócie - Magellan próbując dotrzeć do Wysp Korzennych opłynął Ziemię, czym zrewolucjonizował świat. A oto i kilka refleksji okraszonych soczystymi cytatami.

Co mnie najbardziej zaciekawiło w tej książce to nic innego jak osobowość Magellana, człowieka niezwykłego pod każdym względem, silnego zarówno fizycznie jak i intelektualnie, doskonałego przywódcy. Od samego początku był tak uparty, że pomimo wielokrotnego zbywania jego próśb, odrzuceniu znalazł sposób na zorganizowanie wyprawy. To karkołomne wręcz przedsięwzięcie byłoby niemożliwe gdyby nie jego siła przebicia i upór.

"Jego ludzie opłynęli Ziemię, przede wszystkim dlatego, żę ich do tego zmusił, wręcz sterroryzował. Strach był najważniejszym narzędziem motywowania podwładnych, którzy bardziej bali się Magellana niż niebezpieczeństw morza."

Później, podczas rejsu, znienawidzony przez większość załogi, (racjonował żywność, pilnował aby wszyscy równie ciężko pracowali) potrafił zdławić bunt na pokładzie trzech z pięciu statków i górować nad skłóconymi podwładnymi. To najlepszy dowód na jego inteligencję i zdolności przywódcze. Z drugiej jednak strony to właśnie upór i zadufanie w sobie przyniosły mu zgubę, której mógł uniknąć.

"Przysługiwało im prawo do mięsnych posiłków trzy razy na tydzień (...). W pozostałe dni tygodnia kapitan miał im zapewniać "owsiankę, ponadto codziennie wieczorem również chleb, a także w te same trzy dni rano powinien im wydać wino i [...] rę samą ilość wina co wieczór". Relacje na temat, ile wina Magellan wydawał swoim ludziom, nie są zgodne, ale przypuszczalnie było to dwa litry na głowę dziennie."

Nic dziwnego, że kłócili się i buntowali. Nie tylko tego można dowiedzieć się z kart książki Laurence'a Bergreena, opisał on doskonale historyczne tło wielkich wypraw po skarby jakimi były przyprawy korzenne. Dowiadujemy się w jakiej kondycji była Portugalia i Hiszpania, w jaki sposób postrzegano świat czy jakie piętno odcisnęła Wielka Inkwizycja na zachowanie ludzi.

"Zadawano ją w pięciu etapach, coraz bardziej bolesnych. Najpierw skazańca rozbierano, wiązano mu ręce na plecach i straszono, nakłaniając, żeby przyznał się do winy. Jeśli odmówił, następował drugi etap. Polegał on na tym, że przesłuchiwanego na krótko podciągano za wykręcone do tyłu ręce na sznurze przechodzącym przez zamocowany do sufitu blok. Jeśli nadal nie chciał się przyznać, czekał go trzeci etap strappado, podczas którego zawieszano go na dłużej, co często prowadziło do wywichnięcia barków lub złamania ramion. Jeśli i tym razem nie chciał złożyć zadowalającego zeznania, poddawano go czwatemu etapowi męczarni: podciągano go do góry i gwałtownie szarpano, co powodowało straszliwy ból. Niewiele ofiar metodycznie zadawanego strappado potrafiło wytrwać tak długo. Dla nich to przewidziano piąty, ostatni etap mąk, w którym to do nóg przymocowywano ciężary, niekiedy tak duże, że wyrywały kończyny z umęczonego ciała torturowanego".

"Poza krawędź świata" to nie jakaś kolejna historyczna nuda nafaszerowana faktami i danymi, to niesamowita opowieść, którą czyta się jak najlepszy kryminał mimochodem zdobywając wiedzę. Niesamowite.

Laurence Bergreen Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2005, str. 146, 118, 147-148.

21:26, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (6) »
wtorek, 30 grudnia 2008
Nie mogę wytłumaczyć wam zobopólnego naszego obejścia

Pierwszy kontakt z książką wesoły. Dużo szyderstw i język piękny i ciekawy, interesujące jest to, że Potocki napisał "Pamiętnik znaleziony w Saragossie" po francusku. Tłumaczenie w roku 1847 zrobił Edmund Chojecki i to od tej pory książka jest znana polskim czytelnikom. Pierwsze kilkadziesiąt stron bawiło mnie niezmiernie. Później lektura stała się dość nużąca, nie pochłonęła mnie ani nie zachwyciła, do języka się przyzwyczaiłam więc już tak nie fascynował a kpina z rycerskiej odwagi i romantycznych wzlotów przestała zajmować. Czytało mi się bardzo ciężko a to z powodu ciągłej zmiany narratora, szeregu nowych osób pojawiających się, upiorów, duchów, zjaw i wisielców. I właśnie wtedy kiedy miałam odłożyć książkę zupełnie i planowałam białą flagę na blogu zawiesić przygody bohaterów powieści porwały mnie na tyle, że czytałam dopóki nie skończyłam pierwszej części. Zupełnie odległe opowieści zaczeły pokazywać jakiś wspólny mianownik.

Chciałabym napisać, ze to przygody Alfonsa von Wordena pochłonęły mnie ale jego historia to tylko szeroka rama, w której mieści się szereg innych przygód opowieści i hisoryjek. Ciężko też zdefiniować gatunek książki, bo jest to i romans, i powieść grozy, i powiastka filozoficzna i bajka i powieść fantasy. Potocki chciał zakpić z nadęcia, honoru i kodeksu rycerskiego i doskonale się mu to udaje, widać przywiązanie do racjonalizmu i rozumowego postrzegania świata. Bądź co bądź, najbardziej właśnie ciekawą postacią wydawał mi się szalony naukowiec matematyk, którego roztargnienie przysporzyło mu kilka ciekawych przygód. Co wcale nie oznacza, że romantyczne historie bohaterów nie są mniej ciekawe. Historyjki pokazują dwie wersje postrzegania świata, dwie opcje i postawy, racjonalistyczną i romantyczną. Alfons von Worden musi wybierać, podejmować decyzje w taki sposób aby sprostać zadaniu jakie na nim spoczywa. Musi udowodnić, że jest godnym swych przodków Gomelezów. 

Akcja powieści zaczyna sie od znalezienia przez autora tajemniczego hiszpańskiego pamiętnika z historiami o upiorach, kabalistach i romansach. Alfons van Worden, kapitan gwardii wallońskiej natrafia na szubienice braci Zota i dziwną, opuszczoną gospodę, w której spotka Eminę i Zibeldę pochodzące z rodu Gomelezów.To daje początek jego przygodom, dziwnym i niewytłumaczalnym wydarzeniom, do których przecież został stworzony. 

Na kartach mojej wypożyczonej z biblioteki książki kilka osób wcześniej prowadziło dialog, ołówkiem. Na postawione pytanie "czy lektura męczy?" większość napisała, że owszem, czyta się kiepsko. I jest w tym dużo prawdy, bo trudno mi było wybrać najlepszą opcję: czy smakować po trochu, wyrywkowo, czy moze pożreć jak głodomór pierwszej klasy. Bo z jednej strony fajnie rozkoszować sie językiem i kunsztem literackim a z drugiej strony jak spamiętać wszystkie fakty? Rozumiem dlaczego pewnie ta książka nie jest czytana za często a film ma byc rzekomo lepszy (wg. osoby piszącej na marginesie książki), bo lepiej przyswajalny. I z tych samych powodów dla przekory kończę już drugi tom.

16:28, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (2) »
niedziela, 30 listopada 2008
"Czarny ogród"

 

 

 

 „…Bunty nie maleją, w tym roku tysiąc dwustu dziewięćdziesięciu hutników z Będzina odmawia pracy, bo wydano im konserwy rybne zamiast mięsnych.”

To cytat z „Czarnego ogrodu”, który mógłby być podsumowaniem całej historii górniczego Śląska. Śląska, który strajkuje non stop, Śląska który się domaga. Domaga przywilejów, pracy, domu, żywności, większych pieniędzy. Nie mam nikogo na Śląsku, nie sympatyzuję z górnikami a na dodatek potępiam ich strajki. Starałam się po prostu zrozumieć i dlatego sięgnęłam po „Czarny ogród”. Pamiętam czasy kiedy jakaś daleka rodzina na Śląsku była w stanie załatwić wszystko, od mebli po mięso, była to jakby inna Polska, lepsza, bogatsza.

Dzięki książce Małgorzaty Szejnert dowiedziałam się, że Ślązak się Polakiem nie czuje. Podczas II wojny światowej 95% Ślązaków wyraziło chęć posiadania narodowości niemieckiej, chociaż do wyboru była i śląska. Rodziny górnicze zawsze opowiadały się za opcją która zapewniała im względny spokój i majątkowe korzyści. To dzięki tej książce wiem, że Śląsk to takie nasze polskie Stany Zjednoczone Ameryki Płn gdzie ludzie przybyli po to by pracować i budować swe życie od zera. Ciężka praca pozwalała Ślązakom bogacić się i to ona dawała szanse na lepsze życie. Ślązak to polski „self-made man”.

„Czarny ogród” to kopalnia wiedzy o Śląsku, to historia opisująca losy kilku pokoleń rodzin Nikiszowca i Giszowca, miast wzorcowych stworzonych przez najlepszych architektów tamtych czasów. Nie dziwi mnie fakt, że Małgorzata Szejnert dostała za swą książkę nagrodę Cogito ponieważ nie spotkałam wcześniej takiej dokładności, skrupulatności w opisywaniu faktów, szkicowaniu rzeczywistości i przybliżaniu nam prostych codziennych czynności. No, może u Bronisława Malinowskiego. Jednak to właśnie ta dokładność jest największym wrogiem tego reportażu: setki dat, nazwisk, nazw miejscami nużą i sprawiają, że książki nie czyta się jednym tchem a brnie się mozolnie i z trudem przez powódź informacji. Styl pisania Małgorzaty Szejnert jest prosty: krótkie zdania, ale rozdziały pełne cytatów dzięki którym możemy poznać trochę śląskiego języka.

Ciężko mi ocenić tę książkę, bo jest wartościowa i ważna, bo pozwala zrozumieć Śląsk i mentalność jego mieszkańców. Nie jest na pewno czytadłem które przeczytamy w ciągu kilku dni pochłonięci nią bez reszty. Sami musicie zdecydować czy przeczytać czy nie, osobiście cieszę się, że to zrobiłam.

20:31, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2
Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania