Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
niedziela, 17 stycznia 2010
"Półbrat" na początek roku

Nowy rok zaczęłam od powieści cięższego kalibru, mianowicie osławionego już przez Chihiro „Półbrata” autorstwa Larsa Saabye Christensena. Czy było warto? Ależ oczywiście – pomimo tego, że książka ma ogromną ilość stron czyta się ją znakomicie. To ogromna saga zawierająca sporo opowieści dotyczących pewnej rodziny zamieszkującej Oslo.


Historia rozpoczyna się w Berlinie gdzie na festiwalu filmowym poznajemy głównego bohatera Barnuma Nielsena – scenarzystę i alkoholika. Barnum nie daje się łatwo polubić, podobnie jak inni bohaterowie książki. Punktem głównym jest nagły powrót zaginionego przed laty brata Freda. I to w momencie otrzymania tej informacji rozpoczyna się historia rodziny, od czasów przedwojennych i wielu lat przed urodzeniem się Barnuma.


Na kartach książki znajdziemy mnóstwo bohaterów - jest prababka Barnuma, która miała szansę na zrobienie kariery w kinie niemym właśnie dzięki przeżytej przez siebie tragedii – podczas wyprawy na Grenlandię zaginął jej ukochany. Ból widoczny w jej oczach potrafił idealnie „grać” uczucia bez wyrażania słów. Jest i babka, pracownica telegrafu samotnie wychowująca córkę, ukrywająca przed rodziną fakt, że została w swej pracy zdegradowana do roli pracownicy stołówki. W końcu matka Barnuma, zgwałcona w dniu zakończenia II wojny światowej. Jest też ojciec scenarzysty, oszust i były cyrkowiec, który powtarza często swemu synowi „najważniejsze jest nie to, co widzisz, tylko to, co ci się wydaje, że widzisz”. Każdy z nich ma pewną skazę, problem z którym nie jest w stanie się uporać co sprawia, że nigdy nie jest w stanie być szczęśliwy. Na dodatek towarzyszy im ciągła niechęć innych ludzi, Barnum jest często dręczony, wyśmiewany i bity przez kolegów ze szkoły.


Aż jednego, pięknego dnia zostaje wysłany przez matkę do szkoły tańca. Od razu zostaje z tej szkoły wyrzucony, jednak zyskuje tam dwójkę przyjaciół – Pedera i Vivian. „Półbrat” jest też historią ich przyjaźni, wspieraniu się i miłości jaką obdarzają się nawzajem.


Wszystko u nich jest na opak, rodzina nigdy nie jest pełna, zawsze brakuje tej drugiej połowy. Mężczyźni znikają tak szybko jak się pojawili a kobiety muszą sobie radzić same najlepiej jak potrafią. Rodzeństwo jest pół-rodzeństwem a dzień, który jest dla wielu przepełniony radością (wyzwolenie spod niemieckiej okupacji) dla rodziny staje się początkiem rodzinnej tragedii. Ciągłe oczekiwanie na nieobecnych – przyjaciółkę, męża, ukochanego staje się sensem życia bohaterów.


To przejmująca historia braterskiej więzi, tęsknoty i poczucia straty. Z kart książki wieje chłodem jak przystało na literaturę skandynawską, przyzwyczaiłam się do tego. Jednak na tyle zaintrygowały mnie miejsca o których mowa, że obiecałam sobie kiedyś odwiedzić Rost – czyż to nie piękne miejsce?

piątek, 01 stycznia 2010
Żadne podsumowanie, takie tam

Nie zajmę się podsumowywaniem roku ponieważ pod względem czytelniczym wypadł on blado, nie sięgnęłam żadnych szczytów ani nie pobiłam żadnego rekordu. Ale to nie o to przecież chodzi. Za to pod względem ważnych wydarzeń rok ten był dla mnie wielce łaskawy – ślub, ciąża, kupno własnego mieszkania. 2010 będzie zdecydowanie bardziej wymagający i trudny, bo i wprowadzanie się i dziecko, także pewnie nie będę pochłaniać książek tomami i obkładać nimi wszystkich półek i parapetów. To właśnie z racji oszczędności staram się kupować ich jak najmniej, i dzięki temu spokojnie mogę obwieścić, że wydarzeniem czytelniczym roku 2009 było ponowne zapisanie się do biblioteki osiedlowej.


Biblioteki w której wyboru książek można dokonać przez przechadzanie się między półkami, głaskanie grzbietów i czytanie przypadkowo wybranych stron. Wystarczyło raz przejść się między półkami by zaraz po zatrzymaniu przy dziale z literaturą skandynawską zobaczyć kilka obowiązkowych pozycji, obowiązkowych do przeczytania oczywiście. Odniosłam wrażenie, że w tej bibliotece po prostu nie ma książek beznadziejnych (tak, skrzętnie omijam dział z kryminałami, których wciąż nie cierpię). Wszystko co dobre dziarsko stoi na półeczkach i uśmiecha się w alfabetycznej kolejności. Od tej pory mam w nosie bibliotekę z internetowym katalogiem, odkryłam radość z przechadzania się po bibliotece w realu, a nie wirtualnym świecie.


Co do książek w 2009 roku, to przeczytałam ich 44, nie za dużo, ale zupełnie jestem z tego zadowolona. Niektórych nawet nie zrecenzowałam ani nie wspomniałam jednak dałam sobie do tego zupełne prawo. Moje typy roku to:


1. Barry Sebastian „The Secret Scipture” uplasowała się zdecydowanie na szczycie listy
2. John Fowles „Kolekcjoner” porywająca książka
3. Khaled Hosseini „Chłopiec z latawcem”, za morze wylanych łez
4. Stefan Zweig „Maria Antonina”, czyta się znakomicie
5. Elif Safak „Pchli pałac”, za poczucie humoru
6. Herta Muller „Niziny”, ale to dopiero początek znajomości z tą Noblistką


piątek, 20 listopada 2009
"Niziny" Herta Muller

Wzięłam do ręki książkę „Niziny” Herty Muller i zaintrygowała mnie od pierwszego spojrzenia. Ale nie dzięki okładce  a zdjęciu autorki znajdującym się na obwolucie. Oczy zaznaczone grubą kredką równie mocno na dole jak i na górze, usta obrysowane konturówką o trzy tony ciemniejszą od szminki. Tak przecież nie może wyglądać pisarka, nie tak wyobrażam sobie prawdziwą diwę literatury. A jednak, znów stereotypy trzeba schować do kieszeni, w końcu na Nobla trzeba sobie zasłużyć (rzekomo).

Tak więc „Niziny” zgarnęłam, przeczytałam pierwszą stronę i wpadłam. Wpadłam jak śliwka w kompot, zakochałam się jak w Doris Lessing i odtąd te krzykliwe usta traktuję jak swoje.

„Niziny” to obraz dzieciństwa autorki, dzieciństwa spędzonego w Banacie – rumuńskiej wsi zamieszkanej głównie przez Niemców. To zarazem debiut autorki, który przyniósł kilka nagród, i zakaz publikowania. Jest to proza szorstka, przenikliwa i miejscami ostra, to „Dolina Issy” pisana językiem Hanny Krall. Krótkie zdania mówiące więcej niż całe paragrafy, i chociaż brak w nich komentarza, oceny sytuacji to doskonale „szkicują” świat dzieciństwa Muller.

To widziany oczyma dziecka świat ludzi bez wrażliwości, bez wyższych uczuć, dla których miłość jest odległym i zupełnie abstrakcyjnym terminem. A zarazem to świat ludzi „normalnych” , jacy są wszędzie, świadczy o tym choćby opowiadanie „Niemiecki przedziałek i niemieckie wąsy”, gdzie na stacji brak nazwy miejscowości, bo to równie dobrze może być każda wieś, ludzie wszędzie są podobni i nikt nie pragnie wyróżniać się z tłumu. Wszyscy chcą mieć niemiecki przedziałek i niemieckie wąsy.

Zapomniałam dodać, że jest to zbiór opowiadań, ale układają się w całość tak idealnie, że zupełnie tego nie odczułam. Cały zbiór mógłby być jednym wielkim źródłem cytatów:

„Łodygi traw są zielone aż do przejrzystości. Kiedy się przez nie patrzy widać jak kruche jest lato.”

Albo to:

„Ptak znika w wiadrze z wrzątkiem. Babcia wyciąga go za nogi. Pióra są teraz mokre i robią wrażenie rzadkich. Babcia zanurzyła w wodzie ptaka, a wyciąga poprzecieraną wełnianą skarpetę, z głową, która nie chce zamknąć oczu. Wyrywa pióra z porów żółtej skóry i wrzuca je do wody. Opadają na dno. Niektóre pływają przy ściance wiadra, pływają w kółko, jakby czegoś szukały. Babcia wycina pokrywkę w piersi. Podnosi ją. Z piersi paruje i pachnie ciepłem na wpół strawionymi żabami. W cienkim, przezroczystym wolu osadził się zielony muł ze stawu. Jutro jest niedziela i kiedy wybije południe, na talerzu przede mną będzie leżało serce i skrzydło. Piękna niedziela, smacznego.”

Herta Muller, Niziny, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006, s. 41-42

wtorek, 18 sierpnia 2009
"Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen

Od zawsze chciałam mieć "chatę za wsią", w której zapominałabym o wszystkich troskach i stresach. Mogłabym tam odciąć się od cywilizacji, leżeć w trawie czytając książki i gotować obiady z warzyw zerwanych prosto z ogródka. Tak właśnie wyobrazam sobie Raj, to miejsce gdzie nigdzie nie trzeba się spieszyć a dzień wypełniony jest ciężką, ale i satysfakcjonującą pracą. O takiej chacie "za wsią" pisze Karen Blixen zaczynając swoja powieść słowami "Miałam kiedyś farmę w Afryce u stóp gór Ngong".

"Pożegnanie z Afryką" jest książką magiczną do której wraca się z przyjemnością, tak jak i ja to uczyniłam. Moje dziewczęce zmagania z prozą Karen Blixen sprawiły, że byłam pod większym wrażeniem "Zimowych opowieści" niż tej afrykańskiej odysei. Dobrze, że swoje wrażenia postanowiłam zweryfikować po pewnym czasie, dzięki czemu spojrzałam na "Pożegnanie..." ze swieżością i chłonnością typową dla nowej intrugującej książki.

Jest to zbiór refleksji i obserwacji pisarki na temat życia w Afryce, plemion i ich zwyczajów, nawyków. Powieść w zupełności autobiograficzna w której autorka podkreśla w każdej chwili swoją fascynację afryką, zarówno przyrodą jak i ludźmi. Dom pisarki wraz z plantacją kawy jest ostoją eurpejskości, cywilizacji, to w nim spotykają sie władze swieckie i kościoła, dobra kuchnia przyciąga znajomych i przyjaciół czujacych się u podnóża gór Ngong jak u siebie w domu. To tu można przeczytać ciekawą książke, podyskutować i poplotkować o wydarzeniach na całym swiecie. To na farmie wlaścicielka stara sie wypróbować nowych metod uprawy czy pozyskiwania węgla.

Jednak jest ważniejszy aspekt zycia na plantacji, obserwowanie zachowań ludzi z plemienia Kikujusów pracujących dla baronowej Blixen. Fascynacja widoczna jest na każdej praktycznie karcie książki, mnoża sie opisy rytuałów, codziennych trosk ludzi z plemienia i ich filozofii życiowej. Co zaciekawiło mnie podejści do winy i kary, dla rodziców małego chłopca skrzywdzonego w przypadkowej strzelaninie nie jest ważne kto ponosi winę za dane wydarzenie, najważniejszym jest by szkodzie stało się zadość. Tak więc nie ważne jest kto ofiaruje im krowę, ważne by tę krowe dostali.

Podobnie rzecz się miała ze zdobyczami cywilizacji takimi jak samochód, który nie robił wrażenia na większości Kikujusów. Ze stoickim spokojem i pewną wyzszościa obserwowali jak samochodami podrózują biali i zupełnie nie odczuwali potrzeby posiadania takiego wynalazku. Pragnęli tylko zdrowych zwierząt, modlili się o deszcz i dbali o swe ziemie.

Wydaje mi się, że wiele moglibyśmy się nauczyć od Kikujusów, którzy z pokorą akceptowali wszystko, co im los przyniesie. Większe przywiązanie do ziemi, mniejszy pośpiech, więcej kontaktu z naturą a bylibyśmy zdrowsi. 

czwartek, 28 maja 2009
Powiało grozą

 

 Anna Janko napisała niesamowitą książkę która zmusza do zastanowienia się nad swoim podejściem do małżeństwa, rodziny i życia. Chociaz przeczytałam chwilę temu do tej pory nie mogę się otrząsnąć, naprawdę zaczęłam doszukiwać się potwora w swoim lubym i poważnie obawiać się małżeństwa. Wiele już zotało napisane o tej książce, niejedna z was opisywała porażkę i domowe piekiełko zaserwowane przez Pawia głównej bohaterce. Tymczasem ja patrzyłam głównie na to jak główna bohaterka, poetka, zatrzaśnięta w pułapce prozy życia nie radzi sobie z brutalną rzeczywistością. Nie raz nie dwa zdarzyło mi się zastanawiać nad sensem ciągłego sprzątania, prania, gotowania itp. Chociaż nie muszę robić tego sama to i tak odczuwałam ciężar gatunkowy tego przedsięwzięcia. Każdy dzień staje się podobny do poprzedniego a szereg obowiązków odciąga nas od marzeń, spełniania pragnień cy tak jak w przypadku bohaterki, od pisania. I to właśnie do tego pisania ucieka ona codziennie, od niemiłych teściów, niekochającego męża, grymaśnych dzieci. Książka napisana jest pięknym, poetyckim językiem, który doskonale oddaje uczucia pretensji, żalu i goryczy. Piękna proza, której boję się polecić koleżankom. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że przeczytać warto.

Anna Janko napisała niesamowitą książkę która zmusza do zastanowienia się nad swoim podejściem do małżeństwa, rodziny i życia. Chociaz przeczytałam chwilę temu do tej pory nie mogę się otrząsnąć, naprawdę zaczęłam doszukiwać się  potwora w swoim lubym i poważnie obawiać się małżeństwa.

Wiele już zotało napisane o tej książce, niejedna z was opisywała porażkę i domowe piekiełko zaserwowane przez Pawia głównej bohaterce. Tymczasem ja patrzyłam głównie na to jak główna bohaterka, poetka, zatrzaśnięta w pułapce prozy życia nie radzi sobie z brutalną rzeczywistością.

Nie raz nie dwa zdarzyło mi się zastanawiać nad sensem ciągłego sprzątania, prania, gotowania itp. Chociaż nie muszę robić tego sama to i tak odczuwałam ciężar gatunkowy tego przedsięwzięcia. Każdy dzień staje się podobny do poprzedniego a szereg obowiązków odciąga nas od marzeń, spełniania pragnień cy tak jak w przypadku bohaterki, od pisania. I to właśnie do tego pisania ucieka ona codziennie, od niemiłych teściów, niekochającego męża, grymaśnych dzieci. Książka napisana jest pięknym, poetyckim językiem, który doskonale oddaje uczucia pretensji, żalu i goryczy.

Piękna proza, której boję się polecić koleżankom. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że przeczytać warto. 

niedziela, 03 maja 2009
'The Secret Scripture'

Wróciliśmy z wesela, stopy bolą mnie tak bardzo, że nie pozostaje nic innego tylko leżeć i czytać albo pisać. Kolega oddany w dobre ręce. Przede mną leży ‘The Secret Scripture’ i podczytuję kilka fragmentów: „What can I tell you further? I once lived among humankind, and found them in their generality to be cruel and cold, and yet could mention the names of three or four that were like angels.’ Roseanne McNulty, stuletnia już kobieta zamknięta z zakładzie dla obłąkanych w tajemnicy przed personelem szpitala pisze wspomnienia ze swego długiego życia. Z drugiej strony doktor Grene, psychiatra, zmuszony jest poddać ocenie swoich pacjentów. Szpital dla umysłowo chorych Roscommon ma zostać zamknięty a jego podopieczni albo wysłani do domów albo przeniesieni do nowego miejsca. Doktor Grene stara się sprawdzić co sprawiło, że Roseanne spędziła tyle lat w szpitalu i zdecydować do której kategorii powinna należeć. Historię życia Roseanne poznajemy z dwóch perspektyw, z jej wspomnień zapisywanych każdego dnia oraz z dokumentów i rejestrów zdobywanych przed doktora Grene’a. Co ciekawe wspomnienia staruszki nie pokrywają się często z rzeczywistymi wydarzeniami, historia Irlandii i świta toczy się jakby z boku, niewiele obchodząc najpierw dziecko a później kobietę, która ma swe problemy. A tych życie nie oszczędziło jej ani trochę, jeśli mogła dostać tęgie baty to zawsze je dostała, jeżeli gdzieś mogła zostać opuszczona to tak właśnie się działo. Wyklęta przez społeczeństwo, pozostawiona sama sobie pozostała ciepłą kobietą. Ze wspomnień tej pięknej staruszki płynie nic innego jak pozytywne nastawienie dla świata, miłość do wszystkich i wdzięczność za to, co otrzymała. Jeżeli dodać do tego piękny, poetycki język to uzyskamy mieszankę wyjątkową, wręcz magiczną. Równolegle swą opowieść snuje doktor Grene, który momentami wydaje się być bardziej szalony i niespełna rozumu niż jego pacjentka. Głęboko przeżywa śmierć żony, wspomina dobre i złe lata swego małżeństwa a tym samym okazuje się, że decyzje podejmowane przez niego są momentami podobne do decyzji podejmowanych przez Roseanne. Dlaczego to ona znajduje się w „psychiatryku”? Tę książkę trzeba przeczytać, żeby się tego dowiedzieć. Dla mnie ‘The Secret Scripture’ to przede wszystkim o sile miłości o tym jak jedna pochopnie podjęta decyzja, źle zrozumiane gesty mogą zrujnować wszystko to co budowało się przez lata, tak niewiele jest już później do zrobienia. I właśnie w ramach zadośćuczynienia swej niechlubnej przeszłości doktor Grene stara się dociec prawdy o Roseanne wciągając się coraz bardziej w poszukiwania. W powieści pojawia się wiele niejasności, biorących się ze różnych sposobów opisywania, z subiektywnego postrzegania historii z ulotności pewnych wspomnień. Teściowa Roseanne jest według niej przede wszystkim kobietą okrutną, oceniana przez jedną z zakonnic – starającą się nieść pomoc wszystkim. Dlatego właśnie dużo w tej książce też o tym jak subiektywne jest nasze postrzeganie świata, jak wiele zależy od naszego spojrzenia. Dawno nie czytałam tak dobrej książki, jest tak obarczona emocjami, że wymagała przerw i przemyśleń po to bym mogła dojść do siebie. Sebastian Barry pisze pięknym poetyckim językiem, mogę powiedzieć, że rzucił na mnie urok.

Wróciliśmy z wesela, stopy bolą mnie tak bardzo, że nie pozostaje nic innego tylko leżeć i czytać albo pisać. Kolega oddany w dobre ręce.

Przede mną leży ‘The Secret Scripture’ i podczytuję kilka fragmentów:
 „What can I tell you further? I once lived among humankind, and found them in their generality to be cruel and cold, and yet could mention the names of three or four that were like angels.’ 

Roseanne McNulty, stuletnia już kobieta zamknięta z zakładzie dla obłąkanych w tajemnicy przed personelem szpitala pisze wspomnienia ze swego długiego życia. Z drugiej strony doktor Grene, psychiatra, zmuszony jest poddać ocenie swoich pacjentów. Szpital dla umysłowo chorych Roscommon ma zostać zamknięty a jego podopieczni albo wysłani do domów albo przeniesieni do nowego miejsca. Doktor Grene stara się sprawdzić co sprawiło, że Roseanne spędziła tyle lat w szpitalu i zdecydować do której kategorii powinna należeć. 

Historię życia Roseanne poznajemy z dwóch perspektyw, z jej wspomnień zapisywanych każdego dnia oraz z dokumentów i rejestrów zdobywanych przed doktora Grene’a. Co ciekawe wspomnienia staruszki nie pokrywają się często z rzeczywistymi wydarzeniami, historia Irlandii i świta toczy się jakby z boku, niewiele obchodząc najpierw dziecko a później kobietę, która ma swe problemy. 

A tych życie nie oszczędziło jej ani trochę, jeśli mogła dostać tęgie baty to zawsze je dostała, jeżeli gdzieś mogła zostać opuszczona to tak właśnie się działo. Wyklęta przez społeczeństwo, pozostawiona sama sobie pozostała ciepłą kobietą. Ze wspomnień tej pięknej staruszki płynie nic innego jak pozytywne nastawienie dla świata, miłość do wszystkich i wdzięczność za to, co otrzymała. Jeżeli dodać do tego piękny, poetycki język to uzyskamy mieszankę wyjątkową, wręcz magiczną. 

Równolegle swą opowieść snuje doktor Grene, który momentami wydaje się być bardziej szalony i niespełna rozumu niż jego pacjentka. Głęboko przeżywa śmierć żony, wspomina dobre i złe lata swego małżeństwa a tym samym okazuje się, że decyzje podejmowane przez niego są momentami podobne do decyzji podejmowanych przez Roseanne. Dlaczego to ona znajduje się w „psychiatryku”? Tę książkę trzeba przeczytać, żeby się tego dowiedzieć.

Dla mnie ‘The Secret Scripture’ to przede wszystkim o sile miłości o tym jak jedna pochopnie podjęta decyzja, źle zrozumiane gesty mogą zrujnować wszystko to co budowało się przez lata, tak niewiele jest już później do zrobienia. I właśnie w ramach zadośćuczynienia swej niechlubnej przeszłości doktor Grene stara się dociec prawdy o Roseanne wciągając się coraz bardziej w poszukiwania. 

W powieści pojawia się wiele niejasności, biorących się ze różnych sposobów opisywania, z subiektywnego postrzegania historii z ulotności pewnych wspomnień. Teściowa Roseanne jest według niej przede wszystkim kobietą okrutną, oceniana przez jedną z zakonnic – starającą się nieść pomoc wszystkim. Dlatego właśnie dużo w tej książce też o tym jak subiektywne jest nasze postrzeganie świata, jak wiele zależy od naszego spojrzenia. 

Dawno nie czytałam tak dobrej książki, jest tak obarczona emocjami, że wymagała przerw i przemyśleń po to bym mogła dojść do siebie. Sebastian Barry pisze pięknym poetyckim językiem, mogę powiedzieć, że rzucił na mnie urok. 

Moja ocena: 6/6  

niedziela, 26 kwietnia 2009
"Pchli pałac"

Pałac Cukiereczek to kamienica wybudowana przez rosyjskiego emigranta - generała dla żony, która straciła kontakt z rzeczywistością. Dopiero wspomnienie Stambułu, barwami przypominającego cukierki, przywróciło ją do życia. Nazwany przez żonę Pałac Cukiereczek to miejsce nie byle jakie, wzniesiony na terenie dwóch cmentarzy ormiańskiego i muzułmańskiego jest domem dla wielu dziwadeł i oryginałów. Ta plejada bohaterów o odmiennych charakterach ma wspólny problem, robaki powoli opanowujące kamienicę. Skąd się one biorą i dlaczego upodobały sobie właśnie mieszkania na Żurnalowej? Czy to przez sterty śmieci wyrzucane na podwórze przez mieszkańców okolicy? 

Rozdziały opisują kolejno wszystkich pomyleńców, osobliwe postaci żyjące w Cukiereczku, dalekim od dawnej świetności. Mamy wśród nich studenta obsesyjnie myślącego o śmierci wraz z psem głodomorem, dwóch fryzjerów braci bliźniaków, maniaczkę czystości, kobietę entomologa, która dla mężczyzny porzuciła pracę i karierę zawodową, rozwiedzionego wykładowcę uczelnianego czy babcię szanowaną przez wszystkich mieszkańców kamienicy. Ich losy są dziwne i pokrętne, zachowania, by powiedzieć delikatnie, oryginalne. „Pchli pałac” to obraz obsesji, lęków i obaw targających ludźmi. Nie ma tam jednak zbytniego nadęcia ani ponuractwa. 

Pałac Cukiereczek to obraz Stambułu, połączenia tradycji z nowoczesnością, szyku i smrodu. To miejsce gdzie student zanurza się w narkotykowych wizjach podczas gdy na innym piętrze kobieta spędza cały dzień przygotowując tradycyjny turecki obiad dla swego pracującego męża; chociaż jej wykształcenie sugerowałoby zupełnie inne zajęcie. Tak sobie wyobrażam Stambuł, nie byłam niestety chociaż od dłuższego czasu o takiej podróży marzę. To pewnie takie miejsce, gdzie obok salonu fryzjerskiego wypuszczającego „w świat” kobiety o pięknych paznokciach i wspaniałych włosach znajduje się uliczka zagracona przez odpadki i śmieci. Jeżeli taki obraz chciała pokazać autorka zadanie wykonała. 

Co mnie wkurzało najbardziej to te stwierdzenia, że Elif Safak to druga po Pamuku autorka turecka, pal sześć czy tak jest czy nie, ale żeby używać takiej samej czcionki jak w „Nazywam się czerwień”? Czy wydawnictwa muszą brać wszystko na poważnie? Nie wiem tylko dlaczego nie przetłumaczono jej wcześniejszych książek, nie rozumiem tej zasady wybierania tego, co warto nam przetłumaczyć a czego nie.”Pchli pałac” chciano chyba szybko wydać, bo w tekście znalazłam dwie literówki, czego nie spodziewałabym się po Wydawnictwie Literackim. No, ale zawsze to tylko dwie. Co do Safak, nie brakuje jej doskonałego zmysłu obserwacji, potrafi uchwycić szczegóły i detale, to wszystko okraszone jest sporą dawką ironii i poczuciem humoru. Czyta się znakomicie. A oto maleńka próbka:

„Pijany nie powinien siadać za kierownica. Każdy się z tym zgodzi. Ale nie ma żadnej regulacji prawnej dotyczącej korzystania przez pijanych z telefonu, choć to może mieć jeszcze bardziej niebezpieczne dla życia skutki. Pijany, prowadząc samochód, uderza na chybił trafił w jakieś przeszkody: a to w jakieś nieszczęsne drzewo, które nagle stanie mu na drodze, a to w jadące przed nim auto… Takie wypadki nie są zamierzone i nie służą żadnemu celowi. Ale ci co po pijanemu korzystają z telefonu, doprowadzają do zderzenia wyłącznie z kimś kogo kochają.”

Safak Elif, Pchli pałac, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009 

 

środa, 22 kwietnia 2009
"Samotność" Isherwood

„Samotność” Christophera Isherwooda zapowiadała się niezwykle ciekawie, nie tylko z racji swej tematyki. Zasięgnęłam informacji na temat Isherwooda i wydał mi się on wręcz postacią niesamowitą. Kumpel Virginii Woolf, otwarcie przyznawał się do swego homoseksualizmu.

I o homoseksualnym związku, a raczej jego zakończeniu opowiada „Samotność”. Jest to studium rozpaczy po stracie ukochanego, straty z którą ciężko się pogodzić i z którą ciężko żyć. Główny bohater, George, jest starzejącym się gejem, wykładowcą na uniwersytecie, spokojnym osobnikiem żyjącym w Los Angeles. Cały ten spokój zostaje zburzony w dniu śmierci jego ukochanego Jima. 

Wszystko, najdrobniejsze nawet czynności przypominają mu o miłości jego życia. Kontynuuje pracę, dba o siebie, ale robi to wszystko jakby siłą rozpędu. Mechanicznie wykonuje czynności składające się na życie, wypełnia dzień szeregiem obowiązków, zadań a jednocześnie w nich nie uczestniczy. To tylko sposób na wypełnienie pustki, tej wyrwy w jego życiu. I chociaż otaczają go różne osoby, z którymi rozmawia, spotyka się to doskwiera mu przeraźliwa samotność. Nikt nie rozumie jego uczuć, nikt nie cierpi równie mocno jak on, bo tylko on kochał Jima tak mocno. 

Pomimo tego, że książkę czyta się szybko i dość dobrze, George nie jest bohaterem, któremu współczujemy. To raczej nadęty, stary bufon, który szybko stara się wypełnić lukę ciałem swego młodego studenta. Wydaje mi się jednak, ba, a nawet wiem, że po stracie tak wielkiej właśnie tak zachowuje się człowiek. Niby brnie do przodu, stara się powrócić do swego poprzedniego trybu życia, ale tak naprawdę jego umysł znajduje się gdzieś bardzo daleko , obserwuje z boku bieg wydarzeń i mocno dziwi się , że ”jednak można żyć bez powietrza”.

wtorek, 14 kwietnia 2009
"Polowaneczko" Tomasz Matkowski

Ciekawe jest to, że na książkę „Polowaneczko” Tomasza Matkowskiego nadeszła pora tuż po przeczytaniu „Biegunów” gdzie znajduje się historia kobiety krążącej po świecie w poszukiwaniu dowodów na okrucieństwo człowieka wobec zwierząt. Tomasz Matkowski skupił się na jednym z nich – myślistwie. 

Na dźwięk słowa myśliwy większość z nas wyobraża sobie dziarskiego mężczyznę w średnim wieku, dumnie kroczącego z dubeltówką (bądź jakimś innym ustrojstwem) na ramieniu . Poznałam kilku myśliwych i każdy z nich to poczciwy pan oddany rodzinie, przyjacielski i dający się lubić. Mężczyzna, który ma zainteresowanie i hobby – od czasu do czasu potrzebuje się zaszyć w leśnej głuszy. Jednak większość z nas nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w środku. „Polowaneczko” jest próbą podglądnięcia zwyczajów myśliwych.  

Jest to bardzo krótka książeczka na którą składa się nieopublikowany artykuł napisany do GW, wywiad Mariusz Szczygła z tłumaczem uczestniczącym w polowaniach, komentarz autora do dyskusji na temat polowań na forum gazety oraz list od rzecznika prasowego Krajowego Związku Łowiectwa. Ot, rzecz do przeczytania w jedno popołudnie.

Zaczyna się od statystyki i precyzyjnego zestawienia danych dotyczących ilości odstrzelonej każdego roku zwierzyny, najwięcej zabijanych jest saren, co pewnie nie dziwi nikogo, w końcu ładne są. Na szczęście nie każdy piękno utrwala w ugotowanej i wypatroszonej formie. Tomasz Matkowski podaje szereg technik zabijania stosowanych przez myśliwych, cytuje profesjonalne książki doradzające jak po kolorze farby (krwi) poznać w co ustrzelona została zwierzyna i jak długo będzie żyć zanim wykrwawi się całkowicie. Opisuje rzeczowo , nie pomijając żadnego okrucieństwa, poddaje nas terapii szokowej i podaje przykłady. Jak ten, w którym myśliwemu nie udało się zabić kaczki, ale zdążył odstrzelić jej obydwie nogi. Myśliwi na pytanie „to jak ona wyląduje?” wybuchają śmiechem.

Matkowski stara się nas otrząsnąć i obalić przekonania, według których polowanie posiada pewien etos, myśliwi kierują się etyką, a zabijanie jest podszyte zacną ideologią. Zauważa, że czas polowań powinien się skończyć tak samo jak zakończył się czas społecznego przyzwolenia na znęcanie się nad zwierzętami domowymi. Bo przecież nasze zwierzę domowe, kot czy pies niewiele różni się od hasającej po łąkach sarny, albo muflona. A to, że zwierze potrafi bardzo dużo zrozumieć wiedzą wszyscy posiadacze domowych pupili. 

Jednak w swej demagogii Tomasz Matkowski poszedł o jeden krok za daleko: zaangażował się w sprawę tak głęboko, że zatracił wiarygodność. Postanowił obalić każdy argument zwolenników myślistwa, wytknąć im każdy błąd i przedstawić dokładną analizę ich omyłek. Myśliwych nazywa psychopatami a podkreśla empatię i wrażliwość przeciwników polowań. Zdecydowanie stoi po jednej stronie, angażuje się i nie jest w stanie ostudzić swych emocji. Reaguje na każdy z negatywnych komentarzy otrzymanych na forum gazety z taką zapalczywością, że aż odniosłam wrażenie, że musiał mieć w trakcie pisania zaciśnięte pięści (o ile byłoby to tylko możliwe). 

Z książki zapamiętam ten oto fragment:
 „Ze wszystkich horrorów, z morza krwi i wnętrzności, najbardziej zapadły mi w pamięć spojrzenia konających. Oczy sarny, żywe nawet po śmierci. Oko kuropatwy. Kto raz widział Z BLISKA przerażone, zdziwione, a zarazem ufne spojrzenie konającej, skulonej z bólu i strachu kuropatwy, ten nie zapomni tego do końca życia.”

A to dlatego, że i ja raz widziałam podobne spojrzenie u swej suczki, niezwykle nachalnego stwora domagającego się ustawicznych pieszczot. Któregoś razu odepchnęłam ją nogą, niby lekko i niewinnie, ale ona się jakoś niefortunnie potknęła i straciła równowagę. I choć nie przewróciła się ani nic jej się nie stało zdążyła na mnie popatrzeć tym wzrokiem, w którym widać było ogromne zdziwienie, zdezorientowanie, ufność i strach zarazem. Ryczałam potem jak głupia, próbowałam „odkupić” swe winy spacerami, smakołykami, i chociaż minęło już dobre kilkanaście lat to spojrzenie pamiętam do dziś. Naprawdę boję się nawet wyobrażać sobie jak wyglądają oczy zabijanych zwierząt.  

czwartek, 09 kwietnia 2009
"Bieguni" Olgi Tokarczuk

 

 Odnoszę wrażenie, że ta książka mogłaby być przeczytana nie raz, nie dwa a za każdym razem znalazłabym kolejną, ciekawszą treść. Chciałabym opowiedzieć kilka historii, historyjek z książki, ale nie wiem które powinny być opowiedziane, które tylko wspomniane, a które wręcz należy zupełnie pominąć. 

„Bieguni” to puzzle, których obraz staje się coraz bardziej jasny w miarę czytania kolejnych rozdziałów i rozdzialików. Książka jest niespójna, króciutkie opowiastki przeplatają się z historiami mówiącymi o losach całego życia danej osoby. Większość z nich samoistnie tworzyłoby doskonały materiał na książkę, ale tu sprawia wrażenie przypadkowego zlepku tekstów wklejonych w jeden tom. Czy wystrychnęła nas na dudka czy może jednak to świadomy zabieg? Skłaniam się ku temu drugiemu. Jak pisze sama Olga Tokarczuk:

„Mogłabym używać cytatów i przypisów, mogłabym w porządku punktów czy rozdziałów zawrzeć konsekwencje dowodzenia krok po kroku, o co mi chodzi; weryfikowałabym wcześniej postawioną hipotezę i w końcu mogłabym wywiesić argumenty, jak prześcieradła po nocy poślubnej, na ludzki widok.” (str. 239)

Jednak Tokarczuk obrała wersję fragmentaryczną, chaotyczną, niczego za czytelnika nie robi, nie układa w żadnym porządku, a nas obarcza odpowiedzialnością za odkrycie klucza do książki. 

Jedynym co łączy te opowiastki jest motyw podróży, przemieszczania się i unikania postoju, z którego według Biegunów może zrodzić się tylko zło. Zatrzymasz się, zagapisz, a pochłoną cię ognie piekielne. To chyba mogłoby być motto współczesnego trybu życia, pędu do kariery i pragnienia ustawicznych zmian. Jednak taki tryb życia jest w książce skrytykowany przez jedną z Biegunów. Bezdomna kobieta-dziwadło żyjąca na stacji metra, która krąży w kółko mówiąc do siebie mówi:

Chodzi im o zbudowanie zastygłego porządku, o uczynienie upływu czasu pozornym. O to, żeby dni stały się powtarzalne i nie do odróżnienia, o zbudowanie wielkiej machiny, w której każde stworzenie będzie musiało zając swoje miejsce i wykonywać pozorne ruchy. Instytucje i biura, pieczątki, okólniki, hierarchia i szarże, stopnie, podania i odmowy, paszporty, numery, karty, wyniki wyborów, promocje i zbieranie punktów, kolekcjonowanie, wymienianie jednych rzeczy na drugie.

Przyszpilić świat za pomocą kodów kreskowych, każdej rzeczy dać etykietę, niech będzie wiadomo, co to za towar i ile kosztuje. Niech ten obcy język będzie nieczytelny dla ludzi, niech go czytają maszyny i automaty, niech nocami w wielkich podziemnych sklepach robią sobie odczyty wielkiej kreskowe poezji. 
Ruszaj się, ruszaj. Błogosławiony, który idzie.” (str.293)

To jak jest? Mamy pędzić ale nie tam gdzie nam nakazują? Ale czy kręcenie się w miejscu by uniknąć zła w postaci zaszufladkowania, skategoryzowania jest lepsze? Nie wiem, nie rozumiem, ot co. 

Jedną z piękniejszych opowieści jest ta o starym wilku morskim Eryku, który jako dowódca promu kursującego na stałej linii postanowił jednego dnia zboczyć z trasy i wypłynąć w pełne morze w kierunku horyzontu. I choć za taki wybryk trafił do więzienia to posłuchał swego wewnętrznego głosu wzywającego go do podróży.  

Najbardziej przypadła mi do gustu historia pewnej poetki, która dorabiała sobie jeżdżąc jako pilotka po świecie . Zdarzały się jej czasami chwile przestoju, czy to w korku czy w kolejce do jakiegoś muzeum podczas których raczyła swych wycieczkowiczów opowieściami. Jeżeli brakowało jej wiedzy, wymyślała swoje własne wersje wydarzeń lub snuła zupełnie abstrakcyjne i nierealne opowieści. 

Tokarczuk ma niezwykły dar zauważania rzeczy zwykłych z pozoru błahych, które potrafi opisać z chirurgiczną wręcz precyzją. Choć niektóre fragmenty są jakby nie w pełni ukształtowane. Śmieszył mnie opis zwykłego turysty, który z wakacji na Węgrzech przywozi pastę Ajvar i poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Takiego turysty, który podróżuje po to by tak naprawdę docenić dom i najbardziej cieszy się właśnie z powrotu, nie podróży. Tokarczuk stara się namudowodnić, że jest podróżniczką „pełną gębą”, jest lepsza i to ona zna prawidłową metodę podróżowania. 

Podróż jest tu nie tylko podróżą w sensie literalnym, to opowieść o życiu, drodze jaką musimy pokonać. Mamy tu opisy płodów ludzkich tkwiących w formalinie, których podróż zakończyła się przedwcześnie. Celem podróżnika jest inny podróżnik, chociaż w innym czasie i przestrzeni, to wciąż człowiek i jego osiągnięcia. Niekoniecznie musimy dążyć do celu, życie może być zbiorem przypadkowych okoliczności w których przecinają się losy nasze i innych.  

W którąkolwiek stronę zaczynam analizować książkę Olgi Tokarczuk, za każdym razem wychodzi mi coś zupełnie innego. Aby ułożyć puzzle, trzeba się trochę namęczyć. 

Tokarczuk Olga, Bieguni, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007 

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania