Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
środa, 30 lipca 2008
Historia w "Historyku"

Sięgałam po książkę "Historyk" z ogromnym zainteresowaniem i ciekawością. Po pierwsze opisuje ona tereny, które już zwiedziłam, odwiedziłam, chciałam wrócić do Rumunii, Bułgarii po to aby poprzeżywać swe przygody jeszcze raz. Rumunia do dziś wygląda tak jakby rządził w niej Vlad Tepes niszcząc i plądrując wsie, pozostawiając tylko pożogę i zgliszcza. Po drugie, chciałam dowiedzieć się więcej na temat Draculi, poznać legendę i fakty. No i w końcu, chociaż niemniej ważne to było, chciałam przeczytać kawałek ciekawej prozy.


Tak się akurat złożyło, że już wcześniej zainteresowałam się kwestią imperium osmańskiego, historią konfliktów i najazdów, tym więcej oczekiwałam od Elizabeth Kostovy. I w tej kwestii, muszę przyznać, nie zawiodłam się. "Historyk" przemyca dużo informacji na temat inwazji tureckiej na ziemie południowo-wschodniej Europy, zwyczajów, kuchni i wyglądu zwykłych małych miasteczek. Rzeczywiście, widać w tej książce godziny spędzone nad dbałością o wartość historyczną tego dziełka. A podobno autorka pisała "Historyka" przez 10 lat.

Cała akcja toczy się na kilku poziomach i warstwach czasowych, są to trzy osoby które nagle spotykają się z legendą Draculi który zaczyna wciągać ich powoli do akcji, zwodzić i nękać. Głównymi bohaterami są nastoletnia dziewczyna i jej ojciec, który postanawia opowiedzieć jej o swych niebezpiecznych przygodach. Podróżując po różnych zakątkach Europy mała dociekliwa dziewczynka dowiaduje się o mrocznych zakątkach życia swego ojca, powoli poznaje historię swej matki. Na własną rękę zaczyna poszukiwania i wertowanie w kartach książek, żeby zdobyć jak najwięcej informacji na temat Drakuli. "Historyk" to dokładny zapis zmagania sie z niewiadomą i ciągłego, czasem beznadziejnego, poszukiwania prawdy.

Wszystko w tej książce byłoby ciekawe gdyby nie pewne ale. I to ale składa się z kilku punktów wartych odnotowania.

Po pierwsze, nie jesteśmy w stanie identyfikować sie z którymkolwiek z bohaterów, postacie są płaskie, bez wyrazu i takie jakby "drewniane". Spokojnie mogę zarzucić autorce nieumiejętność wykreowania prawdziwych, psychologicznie prawdopodobnych sylwetek bohaterów. Ktoś, kto jest głównym bohaterem na początku zostaje przez autorkę "porzucony" w połowie po to, żeby wprowadzić do akcji nowe osoby i nowe postaci. Jednak co mierziło mnie najbardziej to fakt, że wszyscy jak jeden mąż używają takiego samego języka, tak samo mówi profesor literatury, historii jak i nastoletnia dzieweczka. No i tutaj zaczęłam stwierdzać, że to wina tłumaczenia na polski, przecież cała reszta świata się tą książką zachwycała. Na dodatek zdania są mało płynne, po prostu wcale ale to wcale mnie nie urzekały. A spodziewałam się, że od niej nie będę mogła się oderwać, w końcu temat jest niezwykle ciekawy i interesujący.

Po drugie, zawiązanie akcji zajmuje jakieś 400 stron książki a finał, kulminacja jakieś 3. To sprawiło, że skończywszy w ogóle ale to w ogóle nie czułam się nagrodzona za wytrwałość w śledzeniu akcji, zakończenie było mało wyraziste i mało przekonujące. Odniosłam wrażenie, że autorce w pewnym momencie znudziło się pisanie książki i musiała szybko zakończyć akcję. Być może opublikowanie "Historyka" było jakoś nienaturalnie przyspieszone, nie wiem. Fakt faktem, że zakończenie za mało mnie usatysfakcjonowało.

Po trzecie, jak dla mnie książka zawiera za dużo faktów i informacji, które przysłoniły autorce oczy i zubożyły literacko "Historyka". I w sumie nie należy się dziwić temu, że profesor historii, kobieta zainteresowana legendą Drakuli poświęca mnóstwo czasu i miejsca na opisanie faktów a "odpuszcza" sobie fabułę i kreowanie akcji.

Na pewno mogę tę książkę polecić osobom, które chcą poznać historię Włada Palownika i ciągle dla nas egzotyczne tereny południowo-wschodniej Europy. Jednak jeśli szukacie tylko świetnej książki, która was wciągnie to nie spodziewajcie się tego po "Historyku" Elizabeth Kostovy. Osobiście jestem niezwykle cierpliwym czytelnikiem i nie zrażam się tak łatwo bo każda książka ma swój czar i magię. I choćby była kiepsko napisana to i tak poszerza nasze horyzonty, co warto robić na pewno.

wtorek, 29 lipca 2008
Miejska dżungla

Weekend przeleciał mi koło nosa niezauważenie, odbyłam kilka wycieczek w odległe zakątki. Po pierwsze wypad do stolicy pozwolił na uporanie się z pierwszym tomem "Czarodziejskiej Góry" a po drugie podjęłam decyzję co do lektur wybranych w ramach miejskiego czytania. Oto i one:

Wiedeń - Graham Greene "Trzeci człowiek"
Wenecja - Erica Jong "Serenissima"
Istambuł - Orhan Pamuk "Nazywam się Czerwień"
Florencja - E. M. Forster "Pokój z widokiem"

"Serenissima" czeka już na półce, "Nazywam się Czerwień" widziałam na nocnym stoliku teściówki tak więc jest szansa, że trafi i do mnie. Cieszę się niezmiernie na to wyzwanie i łudzę się, że znajdę czas na więcej, więcej, więcej...
 

22:24, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 lipca 2008
Półeczka

A oto i moje ostatnie zdobycze, w końcu znalazłam czas żeby się nimi pochwalić. Ciągle szukam kabla aby móc wklejać swoje zdjęcia, teraz musze zadowolić się tymi. "O kotach" Doris Lessing zdobyłam na zakupach w jakimś hipermarkecie, a że koty po prostu kocham nad życie to nie oparłam się pokusie. Mnie, w przeciwiestwie do Zosik, chłodny ton Lessing do tej pory nie przeszkadzał. W końcu romansidła i inne cuda nie mają w sobie nic prócz emocji więc staram się tych emocji nie żądać. Ale jak okaże się, że to nudna relacja z kocich wybryków to nie omieszkam o tym wspomnieć. Przeczytamy, zobaczymy. Z kolei "Długa doga w dół" pożyczona została od koleżanki, sama jej zresztą tę książkę kupiłam - zaczyna się od próby popełnienia zbiorowego samobójstwa, później może być już tylko lepiej. Nick Hornby słynie z ironii i poczucia humoru i tego właśnie oczekuję. Kolejna to "Droga" Cormaca McCarthiego której się boję. Jeżeli rzeczywiście jest tak, że tak bardzo silnie gra na emocjach jak zapowiada Jacek Dukaj to chyba musze chwilę poczekać z czytaniem. Do "Szyfru Szekspira" jestem trochę uprzedzona, ale nie skreślam jej. Mam ją pożyczoną na tak długo, że na pewno prędzej czy później się za nią wezmę.

Wczoraj skończyłam w końcu "Historyka" i jestem tak potwornie rozczarowana, że muszę odczekać z pisaniem recenzji aż te negatywne emocje ochłoną. Tyle tam wad i uchybień, że aż głupio. Ale mam taką dziwną zasadę, że staram się doczytać to co zaczęłam, książka musi być już beznadziejna, żebym ją zostawiła ot tak. A skoto przeczytałam to jednak jakieś zalety były. Po tym jak Padma na swym blogu napisała o chęci poczytania czegoś klasycznego ja też postanowiłam się tej klasyce oddać i już pochłaniam "Czarodziejską Górę" Tomasza Manna. I niech mi tylko ktoś o niej złe słowo piśnie!

czwartek, 17 lipca 2008
Zjedz to co oni
Natura działa przekornie i chociaż bardzo chcę się udzielać na blogu to zsyła na mnie mnóstwo dziwnych dodatkowych zajęć. Po prostu sprawunki, sprawki i sprawy oddalały mnie skutecznie od komputera. Jeszcze ciągle więcej czytam z podziwem inne blogi niż sama piszę ale i tak mogę stwierdzić, że przeczytałam za mało. Otóż okazało się skradłam tytuł bloga książkowo do swego podpisu. I teraz już nic nie można zrobić, mogę się tylko czerwienić ze wstydu i bić w piersi. Podekscytowanie książkowymi blogami wciąż trwa i ciągle wracam myślami do starych dawnych lat kiedy zapisywałam…

Dawno, dawno temu miałam niebieski segregator w którym na zielonych karteluszkach zapisywałam fragmenty książek tyczące kuchni, a dokładniej jedzenia. Wszystkie opisy śniadań, wyjść do restauracji czy byle herbatki u znajomych lądowały w moim segregatorze. I jak czas pozwalał to jadałam to co bohaterowie czytanych powieści. Do tej pory jedną z najczęściej używanych przeze mnie książek kucharskich jest „Łasuch literacki” Małgorzaty Musierowicz a przepisy w niej zawarte przypominają mi Jeżycjadę i znane wszystkim „Dzień Dobry! Wpadłam na obiadek!” Tak też postanowiłam, że będzie i tym razem. Autorka książki „Historyk” stara się przybliżyć zarówno architekturę, zabytki i kulturę rejonu jaki w danym momencie opisuje. I tak udało mi się wychwycić dwa opisy posiłków, które zamieszczam poniżej.

Stambuł:
„wniósł na tacach sosy i sałatki, na salaterce kawałki melona, mięso duszone w warzywach, kurczaka na szpadkach, wszechobecne ogórki utarte z jogurtem i czosnkiem, kawę oraz wielką ilość ciasteczek obtoczonych w orzechach i miodzie.”

Budapeszt:
„zamówiłam hortobagyi palascinta – rodzaj naleśników z nadzieniem z cielęciny, tradycyjna potrawa pasterzy […] duszone mięso z kartoflami i cebulą, ziemniaki z salami i jajami na twardo, sałatki, baranina z zieloną fasolą i wspaniały, chrupiący razowiec.”

sobota, 12 lipca 2008
"Motorworld"

motorworld 

 

Jeremy Clarkson i jego książki to na pewno nie jest proza kobieca, jednak odczuwam pewne przywiązanie do sarkastycznego poczucia humoru tego szowinisty. Na ‘Motorworld’ akurat natknęłam się w szmateksie, książka kosztowała 1,5 zł i postanowiłam to wykorzystać. Ponieważ w samochodach odróżniam tylko kolory to oczywistym jest, że nie dla opisu silników ani osiągów poszczególnych wynalazków motoryzacji zaczęłam ją czytać. Clarksona czytałam wcześniej i zachwycił mnie poczuciem humoru na swój temat i tą umiejętnością drwienia z każdej świętości, zwłaszcza ze swoich rodaków.


„Motorworld”, po polsku wydano ją pod tytułem „Motoświat”, to relacja z podróży po całym świecie i przygód jakie zdarzyły się podczas kręcenia programu prowadzonego przez autora. To 12 reportaży w których Clarkson, tęgi i brzydki dryblas, dzieli się ciekawostkami, anegdotami z odwiedzanego kraju. Jego specjalnością są kłopoty w które pakuje się zadziwiająco chętnie i samochody na których się zna. Tu posługuję się opinią innych, według mnie każdy kto rozróżnia marki jest najwyższej klasy ekspertem.


Jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszystko w tej książce jest naciągane. Humor już nie ten i porównania jakby coraz bardziej infantylne, Clarkson stara się być śmieszny ponad miarę i im bardziej się stara tym mniej mu wychodzi. Niby nic się nie zmieniło i wciąż drwina to jego specjalność, ale czegoś tej książce brak. Nie byłoby pewnie aż tak źle gdyby mój luby nie postanowił zakupić wersji polskiej. I z czystym sumieniem na pewno nie mogę tej książki polecić, tłumaczenie jest po prostu kiepskie. Wiem bo zajrzałam i od razu trafił mi się kwiatek w stylu „…gdy na lotnisku, zamkniętym z powodu śniegu, musiałem zabić godzinę czy dwie.” Nic dodać, nic ująć.

czwartek, 10 lipca 2008
Kanikuły

Po raz pierwszy w moim życiu nie mam długich wakacji, wcześniej jako nauczycielka mogłam sobie czytać do woli podczas tego długiego okresu, teraz czasu coraz mniej. Co wcale nie oznacza, że sobie jakoś odpuściłam. Stosy wakacyjne są, a jakże. Na moim stoliku, w zasadzie parapecie, jest kilka książek przeczytania których nie mogę się doczekać. Na pierwszy ogień pójdą książki z biblioteki z której korzystam. Swoją drogą ciekawe zjawisko w tej bibliotece, książki Orhana Pamuka czekają na półkach aż ktoś się nad nimi zlituje i wypożyczy a "Samotność w sieci" na przykład (której nie znoszę) ma kolejkę oczekujących na cały nadchodzący rok. Napawa to człowieka nadzieją, że wyciśnie z biblioteki ostatnie soki.

Tak więc w ramach bibliotekowych zdobyczy znajdują się na niej takie książki jak "Czarodziejska góra" Tomasza Manna i "Mądre dzieci" Angeli Carter. Tą drugą wypożyczyłam zainspirowana wpisem na którymś z blogów, które aktualnie czytam. Mam kilka zaległości z własnej biblioteki, to "Stracone złudzenia" Balzaca, "Vanity Fair" Thackeraya, "Zimny płomień" Mishimy i dwie książki Jerome K. Jerome "Three Men on a Boat", "Three Men on the Bummel". Te dwie ostatnie czytałam w trakcie studiów i angielski humor do tego stopnia mi odpowiada, że postanowiłam do nich wrócić. Takie czytelnicze obżarstwo mnie czeka wkrótce:)

Jako młoda i gorliwa czytelniczka byłam zapisana do kilku bibliotek równocześnie i w każdej z nich wykorzystywałam wszelkie limity. Ustawiałam książki skrupulatnie na przeznaczonej do tego półeczce i ustalałam kolejność pochłaniania. Te, które wydawały mi się najciekawsze lądowały na koniec kolejki po to, żebym mogła do czegoś dążyć. W związku z tym śpieszyłam się z czytaniem innych i spędzałam większość swego czasu z książką w ręku. Moje czytelnicze zapędy wcale nie spotykały się a aprobatą rodziców, którzy bali się pewnie żebym nie stała się odseparowanym od świata dziwolągiem.

poniedziałek, 07 lipca 2008
Pamiętnik przetrwania

recenzja ksiązki Powieść Doris Lessing pożyczyła mi moja przyszła teściówka w ramach przyjaźni tudzież chwilowego zawieszenia broni, w końcu nigdy nie wiadomo jak będzie. Informacja, że książka napisana została przez noblistkę trochę mnie przeraziła, przestraszyłam się że będzie mnie odpytywać z przeczytanej lektury a ja zacznę jakąś się jak na języku polskim w podstawówce i czerwienić jak piwonia. Otóż nie, przeczytałam dość szybko, wyciągnęłam swoje wnioski i do tej pory nie mogę zapomnieć o „Pamiętniku przetrwania.” Dlaczego?

Powieść umiejscowiona jest w bliżej nieokreślonym czasie, to kilka lat naprzód zagładzie i zniszczeniu ulega cała cywilizacja. Najważniejszą umiejętnością staje się zdolność przetrwania, zdobycia jedzenia a resztki cywilizacyjnego porządku skutecznie zabijają gangi młodych ludzi. My nigdy nie dowiadujemy się co jest głównym powodem, sprawcą tej katastrofy, może to być zarówno wojna jak i każda naturalna kataklizm. Ta informacja nie jest nam potrzebna do zrozumienia ogromu strat ponieważ autorka w niezwykle obrazowy sposób opisuje otaczającą ją rzeczywistość: opuszczone domy, tabuny ludzie podążający w kierunku miejsc w których życie jest lepsze, brak pożywienia, zniszczenie i gangi palące ogniska pomiędzy domami. Głównej bohaterce pozostaje powierzona opieka nad małą dziewczynką podrzuconą jej przez tajemniczego nieznajomego i psem. Cała książka to opis refleksji i przemyśleń starszej kobiety bacznie obserwującej otaczającą ją rzeczywistość i próbującą zrozumieć świat ją otaczający. Te próby zrozumienia prowadzą ją do nierzeczywistego, nierealnego świata, do scen odgrywających się tuż za ścianą, chociaż w odległej przeszłości. Dzięki tym wycieczkom stara się ona ogarnąć charakter sierotki, swej aktualnej współlokatorki. Narratorka opowiada nam historię zagłady w taki sposób jakby świat za oknem zupełnie jej nie dotyczył. Spędza całe dnie w domu z psem któremu grozi widmo bycia zjedzonym przez wygłodzony tłum za oknem. O czym jest więc ta książka?

Jak dla mnie to refleksja nad życiem, zmieniającym się czasem i dostosowywaniu się do nowych realiów. Główna bohaterka tylko na początku opowieści zmuszona jest do działania, w końcu opiekuje się dziewczynką. Jednak z czasem rolę się zamieniają i mała dorasta na tyle aby przejąć obowiązki zdobywania jedzenia i troski nad swa już starszą opiekunką. Tak jak często dzieje się w życiu, starsza pani ucieka w przeszłość, w świat który rozumie i ogarnia. Nowe, dziwne według niej, pomysły należą już zupełnie do młodych, ona czuje się odstawiona na boczny tor, przygląda się życiu podopiecznej z boku. Rozumie, że taka jest kolej rzeczy i cieszy ją każdy ludzki gest tej w końcu dzikiej młodzieży, która jest okrutniejsza niż niejeden dorosły. To ksiązka o tym jak w obliczu katastrofy ludzie potrzebują się nawzajem i garną do siebie pomimo wielu niedogodności. To też historia schyłku inteligencji, ponieważ najdłużej potrafią przetrwać ci najbardziej prymitywni, analfabeci. To opowieść o wielkiej wartości świata natury, pożywienie które stało się towarem deficytowym można zdobyć już tylko powracając do hodowli zwierząt i uprawy roślin. Nade wszystko, to historia w której każdy z nas dostrzeże coś nowego.
Myślę, że to właśnie sprawia że Doris Lessing jest pisarką wyjątkową, która w mistrzowski sposób snuje opowieści.

To na pewno książka dla tych których urzekłby widok spokojnej staruszki zatopionej w robótce czy popijającej herbatę z porcelanowej filiżanki. Jest w tej książce coś z magii i mnie ona urzekła.

wtorek, 01 lipca 2008
Do tej pory...

Ten rok jest czasem wielkich zmian w moim życiu, nowa praca, nowe mieszkanie i choć stary to nowy narzeczony. Póki co to energię skupiałam na zmaganiu się z codziennością, praniem, sprzątaniem, gotowaniem i byciem wspaniałą opiekunką domowego ogniska. Kilka z tych obowiązkó zarzuciłam, parę ochoczo oddałam w ręce mego lubego i nadeszła pora na nadrabianie zaległości. Piszę jakby usprawiedliwiając się z czytelniczego zaniechania, z książkowego nieróbstwa powodującego kupowanie książek przypadkowych i pochłanianie takowych. Postanowiłam stworzyć listę, o zgrozo krótką, przeczytanych w 2008 roku książek, pewnie coś zostało pominięte, być może zapomniane całkowicie.

'Pachnidło" Patricka Suskinda - wiedziona chęcią obejrzenia filmu i kilkoma bardzo pochlebnymi opiniami zasłyszanymi od znajomych sięgnęłam w końcu po ten klasyk. Nie zawiodłam się, i chociaż nie zaczęłam obsesyjnie wąchać wszystkich i wszystkiego to do tej pory widzę i czuję Paryż.

Michel Faber "Szkarłatny płatek i biały" - ta z kolei książka wciągnęła mnie nie na żarty, fantastyczne opisy miasta towarzyszące głównej bohaterce wraz z każdym awansem społecznym wryły się w pamięć. Swoją drogą znów najlepiej wspominam brudną i biedną część miasta, tym razem Londynu.

Ryszard Kapuściński "Busz po polsku", "Szachinszach" i "Cesarz" z przyczyn oczywistych. Po śmierci mistrza reportażu należało odświeżyć sobie kilka książek i zapoznać się z nowymi. "Busz po polsku" czytałam po raz pierwszy i były tam dwa reportaże o nauczycielach, o tym jak ciężko jest im zarazić swą pasją do przedmiotu uczniów i o tym jaki dystans może tworzyć się pomiędzy nimi a nauczycielem. Czułam się jakby pisano o mnie.

John Grisham "The Runaway Jury" tak aby język mówił co pomyśli głowa.

John Kennedy Toole "Sprzysiężenie osłów", książka zdobyła nagrodę Pulitzera i opowiada o pewnym leniwym już nie młodzieńcu zmuszonym pójść do pracy. Trochę to taki podręcznik dla wszystkich obiboków jak i czym wytłumaczyć światu swe nieróbstwo. Książka opisuje jak ciężko jest być inteligentem i skutecznie szydzi z każdej wręcz życiowej postawy. Galeria dziwacznych postaci z których każdy ma coś z głupca. Śmieszne, zabawne i łatwe do czytania zarazem.

Agnieszka Osiecka "Galeria Potworów" i "Na wolności. Dziennik dla Adama" bo lubię Agnieszkę i jej pisanie.

"Chłopiec w pasiastej piżamie" John Boyne, rzecz o holocauscie i małym chłopcu który odnajdzie przyjaciela.

"Pamiętnik przetrwania" Doris Lessing, książka która zrobiła ogromne na mnie wrażenie i długo siedziała we mnie, na pewnoo coś o niej jeszcze bapiszę.

"Strach" Jan T. Gross - też nadaje się do opisania dokładniejszego.

To koniec listy mych książek wartych opisania tutaj, reszta była zawodowym zadaniem i wciągnąc nawet mnie nie potrafiła. Aktualnie czytam trzy ksiązki równocześnie, zależnie od nastroju: Bronisław Malinowski "Życie seksualne dzikich", Jeremy Clarkson "Motorworld" i Carlos Ruiz Zafon "Cień wiatru".

Nie potrafię zmienić wyglądu tego bloga, nie odnajduję się zupełnie a raczej gubię się w meandrach blogowania. A na razie, adios!

wtorek, 24 czerwca 2008
Miłe złego początki

"Na każdym zebraniu jest ktoś kto musi zacząć. Dziękuję"

Skoro książki to historia tej wielkiej przygody. Zaczęło się bardzo wcześnie, bo już w przedszkolu wygrywałam konkursy na prędkość czytania. Później było już tylko gorzej. Wspomnienia z mego dzieciństwa krążą wokół książek i czytania. Czytałam wszędzie, nocą pod kołdrą kiedy mama zakazywała mi czytać do późna, w samochodzie podczas nocnej podróży licząc tylko na mijane latarnie, podczas lekcji w szkole. Nocne czytanie podkołdrowe utkwiło mi w pamięci bo pamiętam ten brak świeżego powietrza i rozgrzaną do czerwoności latarkę. Wszelkie czynności odrywające mnie od książki, a mało było takich, jawiły mi się jako nędzne i nic nie warte przeszkody. Dlatego systematycznie przypalałam wodę w czajniku, paliłam mięso, ziemniaki i wszystko co tylko zepsuć się dało. No i to przez książki byłam dzikusem marzącym aby poczytać. Na studiach odkryłam ludzi, i literaturę angielską.

Odkąd pamiętam prowadziłam zeszyty w których zapisywałam skrupulatnie każdą przeczytaną książkę, obok widniały symbole: czy książka z biblioteki czy własna, czy skończona czy nie i z jakiego kraju pochodzi autor. Wtedy to biegałam do kiosku po "Filipinkę", żeby sprawdzić co należy przeczytać, tworzyłam listy kolejkowe, zapisywałam tytuły. Dzięki temu okazało się przeczytałam kilka wartościowych książek "Krystyna, córka Lavransa", "Doktor Żywago" czy "Kronika wypadków miłosnych". Do większości byłam za młoda, należy im się w pełni świadome czytanie.

I teraz okazało się, że te wszystkie wariactwa, zapiski i notatki ciągle żyją. Odkryłam kilka blogów takich wariatek jak ja kiedyś, mających obsesję na punkcie czytania. Takich którym ślinka cieknie na widok stosu książek do przeczytania przy łóżku. Więć się przyłączam.

1 ... 6 , 7 , 8 , 9
 
Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania