Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
piątek, 09 stycznia 2009
Kiepskie fotografie i dobre książki

 

 

To znaleziona w "Podróżach" fotografia pozostałości po stoczniowej bibliotece w Gdańsku. Podobno fotograf odratował wszystkie dzieła Lenina. Niestety, tego się nie da zauważyć na mojej fotografii. Jakoś tak Pan Bóg mnie pokarał antytalentem do fotografowania, kadrowanie to na pewno nie jest moja mocna strona a na zdjęciach z wakacji zawsze uda mi się odciąć komuś nogi albo złapać na zdjęciu słup telegraficzny. Totalna klapa generalnie. 

Zdjęcie poniżej za to dokumentuje moje zdobycze księgarsko-biblioteczne.

 

 

I tak od prawej mamy: wyzwaniowa "Lukrecja Borgia"Marii Bellonci, która straszy mnie swym rozmiarem. Nie Maria, książka. Później mam "Śmierć pięknych saren" na którą już się nie mogę doczekać, "Śmierć pszczalarza" (dzięki tempranie), nigdy przeze mnie nie czytane "Imię róży" Umberto Eco. To wszystko wyszarpane z biblioteki. "The Secret Scritpure" to zdobycz z allegro za jedyne 9zł, "Sto odcieni bieli" za równie śmieszną cenę, "Kaktus w sercu" - antidotum na powagę jaką się mam zamiar otoczyć. "Zagubiony kosmonauta" Daniela Kaldera dopadłam w księgarni zaraz po przeczytaniu informacji na jej temat na stronie wydawnictwa Czarne, nie mogłam nie kupić. "Urania" jako kontynuacja podróży w afrykańskie rejony i na końcu zauważona na półce u mamu Philippa Gregory, która mieści się w ramach wyzwania.

Czyż nie czeka mnie piękny styczeń?

 

wtorek, 06 stycznia 2009
Podróże

Tak to już jest, pańcia wyjechała na narty, wkleiła byle co a tu nie działało. Poprawiłam wczoraj, ale jako że po powrocie zakwasy nie pozwalają mi pisać będę musiała się streszczać. Śpieszę donieść jedynie, że w bibliotece czekają na mnie już 4 książeczki, z czego jedna do "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla, którą obiecałam sobie przeczytać po lekturze Szczygła Mariusza. Tak więc oprócz tego mam zarezerwowaną "Lukrecję Borgię", "Imię róży" i coś zupełnie nie związanego z wyzwaniem czytelniczym. Zaczęłam "Poza krawędź swiata", ale coś mi się wydaje, że śnieg skutecznie przeszkodzi mi w czytaniu, w końcu zaczął się sezon narciarski.

A piszę ponieważ chciałam się podzielić swym najnowszym odkryciem jakim jest miesięcznik "Podróże". Jestem zachwycona i zastanawiam się dlaczego wcześniej nie zauważyłam go na półkach w Ruchu czy Empiku. Przepiękne zdjęcia, świetne teksty i relacje, doskonała forma. Czasopismo jest pięknie wydane, a każda strona jest takim małym dziełem sztuki. Żadnych zbędnych fotek, mini fotografi tylko niezłe ilustracje i naprawdę piękne zdjęcia. W styczniowym numerze zainteresował mnie artykuł o Śląsku kulturalnym do tego stopnia, że zaplanowałam pojechać do Bytomia odwiedzić te parę miejsc opisanych z magazynie. Jednym słowem, będę się "Podróżami" kierować planując swe eskapady. Możemy znaleźć w nim nawet odrobinę mody a podtytuł "Przewodnik po nowym stylu życia" doskonale oddaje styl miesięcznika. 

sobota, 03 stycznia 2009
Melodia na dziś

 

Chodzi za mną już od dłuższego czasu.

czwartek, 01 stycznia 2009
Kraj Karela Gotta

 

 

Chyba to nie przypadek, że "Gottland" dopadłam szybko po Małgorzacie Szejnert i "Czarnym ogrodzie". Opowiadania Mariusza Szczygła są krótsze, bardziej dosadne, rzeczowe i konkretne zarazem. Nie rozwodzi sie on nad każdym najdrobniejszym szczegółem życia swych bohaterów, nie śledzi ich poczynań od kołyski aż po grób. Wybiera tylko fragmenty, które jak fotografie przekazują jakiś moment, ulotną chwilę. A wiadomo, że cały album zdjęć jest w stanie powiedzieć wiele.

Także w moich oczach Mariusz Szczygieł dużo wyżej plasuje się w rankingu niż Małgorzata Szejnert. Być może gdyby napisał tomiszcze o pięciuset stronach to on zdobyłby nagrodę Cogito. "Gottland" to ani usprawiedliwianie ani osądzanie Czechów za ich charakter narodowy, strach i pokorną zdolność przystosowywania się do każdych okoliczności. Czytając te opowiadania sami musimy ocenić czy szwejkowskie podejście do życia jest dobre czy złe. A przy okazji dowiadujemy się troszkę o historii Czech. 

"Robotnik Josef Kral zastanawia się chwilę. - Bohaterstwo dzisiejszych czasów to zrobić wszystko, czego się od nas chce i czego się od nas żąda - mówi." 

I takie stanowisko zajmowało pewnie wielu, i wiele w taki sam sposób radziłoby sobie z życiem, reżimem, komercją pewnie i dziś, wśród nas. W końcu nasz reżim to teraz pogoń za pieniądzem, a więzienia zastąpiła bieda. 

Najbardziej podobało mi sie opowiadanie "Tylko kobieta" o Lidzie Baarovej, kochance Goebbelsa, najpiękniejszej czeskiej aktorki. Spotykała się z hitlerowcami by grać, występować na scenie, wydawało się, że nie zdaje sobie sprawy ze swej nagannej postawy, w końcu była tylko kobietą, młodą i głupią. Tak przynajmniej twierdziła sama Baarova, ale czy to była obrona przed tym horrorem toczącym się jakby poza nią, czy walka o siebie, nie wiadomo.

Opowiadania ułożone są chronologicznie, zaczynając się od roku 1882 a kończą na roku 2003. I jeszcze taka mała próbka: "W tym czasie w sąsiednich Niemczech władzę absolutną zdobywał mężczyzna, który - jak ktoś zauważył - najbardziej byl wdzięczny swojemu ojcu za porzucenie pospolitego, wiejskiego nazwiska Schlicklgruber. To jasne. Pozdrowienie "Heil Schlicklgruber" byłoby zbyt rozwlekłe."

I takie małe postanowienie zainsirowane lakturą: przeczytać w końcu "Proces", dużo więcej Hrabala i "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla. No a później obejrzeć film.

 

Mariusz Szczygieł Gottland, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006, str. 81, 46.

Na zdjęciu: Lida Baarova, Wikipedia. 

 

środa, 31 grudnia 2008
Książki wybitne

Słowa Anny Seniuk które w nowym roku mam zamiar sobie wziąć do serca:

"I czy czuje się pani spełniona?

Tak, im mniej gram, tym więcej żyję.

Co to znaczy?

Na przykład - że mam czas na czytanie książek. Czy pan wie, że nie należy czytać dobrych książek, tylko wybitne?" 

(Fragment wywiadu Grzegorza Sroczyńskiego z Anną Seniuk, "Najwięcej wieczorów spędziłam z hrabią" Wysokie Obcasy 2008, nr 50 (503), str. 16.) 

15:07, ksiazkowo , cytaty
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 grudnia 2008
Nie mogę wytłumaczyć wam zobopólnego naszego obejścia

Pierwszy kontakt z książką wesoły. Dużo szyderstw i język piękny i ciekawy, interesujące jest to, że Potocki napisał "Pamiętnik znaleziony w Saragossie" po francusku. Tłumaczenie w roku 1847 zrobił Edmund Chojecki i to od tej pory książka jest znana polskim czytelnikom. Pierwsze kilkadziesiąt stron bawiło mnie niezmiernie. Później lektura stała się dość nużąca, nie pochłonęła mnie ani nie zachwyciła, do języka się przyzwyczaiłam więc już tak nie fascynował a kpina z rycerskiej odwagi i romantycznych wzlotów przestała zajmować. Czytało mi się bardzo ciężko a to z powodu ciągłej zmiany narratora, szeregu nowych osób pojawiających się, upiorów, duchów, zjaw i wisielców. I właśnie wtedy kiedy miałam odłożyć książkę zupełnie i planowałam białą flagę na blogu zawiesić przygody bohaterów powieści porwały mnie na tyle, że czytałam dopóki nie skończyłam pierwszej części. Zupełnie odległe opowieści zaczeły pokazywać jakiś wspólny mianownik.

Chciałabym napisać, ze to przygody Alfonsa von Wordena pochłonęły mnie ale jego historia to tylko szeroka rama, w której mieści się szereg innych przygód opowieści i hisoryjek. Ciężko też zdefiniować gatunek książki, bo jest to i romans, i powieść grozy, i powiastka filozoficzna i bajka i powieść fantasy. Potocki chciał zakpić z nadęcia, honoru i kodeksu rycerskiego i doskonale się mu to udaje, widać przywiązanie do racjonalizmu i rozumowego postrzegania świata. Bądź co bądź, najbardziej właśnie ciekawą postacią wydawał mi się szalony naukowiec matematyk, którego roztargnienie przysporzyło mu kilka ciekawych przygód. Co wcale nie oznacza, że romantyczne historie bohaterów nie są mniej ciekawe. Historyjki pokazują dwie wersje postrzegania świata, dwie opcje i postawy, racjonalistyczną i romantyczną. Alfons von Worden musi wybierać, podejmować decyzje w taki sposób aby sprostać zadaniu jakie na nim spoczywa. Musi udowodnić, że jest godnym swych przodków Gomelezów. 

Akcja powieści zaczyna sie od znalezienia przez autora tajemniczego hiszpańskiego pamiętnika z historiami o upiorach, kabalistach i romansach. Alfons van Worden, kapitan gwardii wallońskiej natrafia na szubienice braci Zota i dziwną, opuszczoną gospodę, w której spotka Eminę i Zibeldę pochodzące z rodu Gomelezów.To daje początek jego przygodom, dziwnym i niewytłumaczalnym wydarzeniom, do których przecież został stworzony. 

Na kartach mojej wypożyczonej z biblioteki książki kilka osób wcześniej prowadziło dialog, ołówkiem. Na postawione pytanie "czy lektura męczy?" większość napisała, że owszem, czyta się kiepsko. I jest w tym dużo prawdy, bo trudno mi było wybrać najlepszą opcję: czy smakować po trochu, wyrywkowo, czy moze pożreć jak głodomór pierwszej klasy. Bo z jednej strony fajnie rozkoszować sie językiem i kunsztem literackim a z drugiej strony jak spamiętać wszystkie fakty? Rozumiem dlaczego pewnie ta książka nie jest czytana za często a film ma byc rzekomo lepszy (wg. osoby piszącej na marginesie książki), bo lepiej przyswajalny. I z tych samych powodów dla przekory kończę już drugi tom.

16:28, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (2) »
środa, 24 grudnia 2008
Wesołych świąt!!!

 

 

  

czwartek, 18 grudnia 2008
Nie wiem, nie przeczytałam

Są takie książki, które dostają na wstępie dużo punktów tylko i wyłącznie za rekomendację. U mnie zdarzają się również takie, których po prostu nie wypada mi nie przeczytać. Polecane przez wyrobionych czytelników, osoby bardzo wykształcone i o ogromnej wiedzy, albo teściową mą przyszłą. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w której kłamię, owijam w bawełnę i udaję, że coś przeczytałam kiedy w rzeczywistości tego nie zrobiłam. A za krótko się znamy, żebym odrzucała propozycje ze stwierdzeniem, że są nie dla mnie, bo też i nie mam ochoty tracić źródła tryskającego naprawdę dobrymi książkami do przeczytania. Jeszcze nigdy nie zawiodłam się i pochłaniałam wszystko mi podunięte wręcz w tempie ekspresowym. Aż do wczoraj.

"Złoto krzyżowców" to książka napisana przez zawodowego archeologa z doktoratem, Davida Gibbinsa, który zajmuje się dbałością historyczną bardziej niż wartością literacką. Mocno wkurzyłam się dopiero na setnej stronie, kiedy to okazało się, że zwykły technik "zupełnym przypadkiem" zajmuje się odkrywaniem tajemnic żydowskiego skarbu: 

"-Wybaczcie, że się wtrącam - powiedział - ale skoro rozmawiamy o menorze, to musimy coś wiedzieć o jej historii. Tak się składa, że tajemnica zaginionego żydowskiego skarbu ze Świątyni to jeszcze jedną z moich pasji."

I wtedy następuje sporej długości wykład, setny już chyba z kolei. Miałam wrażenie, że Gibbins metodą kopiuj/wklej zawarł treść swoich wykładów w książce. Jego przywiązanie do historii, nazw i dat jest tak duże, że zraziło mnie to do czytania. I takim oto sposobem po raz pierwszy oddając książkę na pytanie czy mi się podobała odpowiem: "Nie wiem, nie przeczytałam."   

poniedziałek, 15 grudnia 2008
Na czarny ląd

" Czy Afryka może ruszyć bez pomocy świata? Nie może. Stan tego kontynentu, który zawsze był biedny, jest dziś taki, że nie można mówić o możliwości wydźwignięcia się Afryki o własnych siłach. To jest tak ogromny kontynent i żyje na nim już taka masa ludzi biednych... A ogólna tendencja Afryki ciągle jest tendencją negatywną, tzn. Afryka dalej pogrąża się w kryzysie. To, co wskazywaliśmy jako pozytywy, to są zaledwie objawy jakiejś optymistycznej przeszłości, to nie jest dominujący trend. Ciągle jeszcze postępuje pogarszanie się położenia ludności. Z punktu widzenia obraz Afryki jest obrazem czarnym, pseymistyczny."

Ryszard Kapuściński, w: Bereś, Burnetko Kapuściński: Nie ogarniam świata, Świat książki, Warszawa 2007, s.85

Jean Marie Le Clezio sprawia wrażenie zainteresowanego Afryką i czarnym lądem w trochę odmienny sposób niż robi to Kapuściński. K. starał się zrozumieć, objaśnić i przyciągnąć uwagę ludzi do istotnych problemów Afryki: głodu, biedy, przeludnienia i zacofania. Le Clezio z kolei pokazuje Afrykę taką jaką pamięta z lat dziecinnych, pilnując abyśmy doskonale zdawali sobie sprawę ze szkód jakich dokonał kolonializm.

Przeczytałam "Onitszę" tego pisarza i nie bardzo rozumiem za co dostał Literacką Nagrodę Nobla. Le Clezio "otwierający nowe perspektywy poetyckich podróży i zmysłowych uniesień” według mnie jest tylko poprawny. Onitsza wybitna nie jest, nie przykuwa, nie wbija w fotel ani nawet nie zmusza do wielkich przemyśleń. Ot, może chętniej sięgnęłabym po "Heban" Kapuścińskiego by sobie odświeżyć i przypomnieć.

Główny bohater Fintan to sam Le Clezio który jako 7-latek wyjechał do Nigerii wraz z matką do przebywającego tam ojca. Książka zaczyna się od opisu przygotowań i oczekiwań na wyjazd. Celem podróży jest budząca wielkie nadzieje Onitsza:

"Tam, kiedy przybęda do Onitszy, wszystko będzie inne, wszystko będzie łatwe. Będą wielkie porośnięte trawą równiny, o których pisał Geoffroy, drzewa wysokie, strzeliste, rzeka taka szeroka, że wydaje się morzem, horyzont ginący w mirażach wody i nieba. Będą łagodne wzgórza porośnięte mangowcami, chaty z czerwonej gliny przykryte splecionymi z listowia dachami. Wysoko nad rzeką, pośród drzew, będzie duży drewniany dom z blaszanym dachem pomalowanym na biało, biegnąca wzdłuż fasady weranda i kępy bambusów."

Marzenia jednak nie spełniają się a inny klimat, obce miejsce,ludzie i zupełnie odrębny kontynent przysparza więcej rozczarowań niż radości.

"Zachowywała w myślach każdą chwilę po przyjeździe do Onitszy, zamieszkanie w wielkim pustym domu, gdzie były tylko te drewniane ściany i przykrywający dom ten blaszany dach, huczący przy każdej burzy. Hamaki, wąskie prycze osłonięte moskitierą, jak w dormitorium. Nade wszystko to  skrępowanie, ten mężczyna, któy stał się kimś obcym, obca była jego stwradniała twarz, szpakowate  włosy, chude ciało i barwa skóry. Szczęścia, o którym marzyła na pokładzie "Surabai", nie było tutaj."

To historia dojrzewania chłopca a zarazem obraz szkód i niesprawiedliwości zaserwowanych ludności afrykańskiej przez angielskich urzędników. Le Clezio nie stara się wyjaśniać, kreuje barwne, wręcz żywe obrazy sugestywnie dzielące świat na białe i czarne. Nie ma tu półcieni, a szkoda.

czwartek, 11 grudnia 2008
W pogoni za szczęściem

 

 

Ideałem jest jeżeli wszystko idzie dobrze. Ideałem jest jeżeli rozumiemy dlaczego dzieje sie tak a nie inaczej. Ideałem jest jeżeli możemy dowiedzieć się co kierowało innymi w momencie ich działania. A co jeżeli nie rozumiemy? Jeżeli gubimy sie w domysłach i zapadamy w roztrząsaniu przeszłości nie wiedząc zupełnie nic?

Książka Tima Wintona "Jeźdźcy" dotyczy właśnie takiej sytuacji w której próbujemy za wszelką cenę znaleźć odpowiedź na pytanie "Dlaczego?". Gdzie jednak leży granica po której już nie powinniśmy się starać, dociekać i grzebać sie w tym co było? To pytanie które stawia sobie niejedna kobieta i niejeden mężczyzna. Sama kiedyś porzucona byłam bez słowa, gestu czy ostrzeżenia, ani jednej wiadomości bądź telefonu. Czułam się jakbym nie zasłużyła na wytłumaczenie, jakbym nie była warta tych kilku marnych słów. Po prostu w pewnym momencie straciłam kontakt ze swym chłopakiem, zaginął bez słowa wytłumaczenia. Tysiące pytań nasuwa się wtedy na myśl: w czym zawiniłam? czy zrobiłam coś nie tak? czy może nie zauważyłam od samego początku że to pozory związku? Do tej pory nie znam na nie odpowiedzi bo odpuściłam dość szybko. Nie zrobił tego główny bohater książki Tima Wintona. 

Scully, Australijczyk postanawia osiąść w Irlandii wraz z żoną Jennifer i córką Billie. W małej miejscowości kupuje dom wypatrzony przez żonę i rozpoczyna w nim remont aby przygotować go na przyjazd jego dwóch ukochanych kobiet. Początkowo karty książki wypełnia zmaganie się Sculliego z odgruzowywaniem i czyszczeniem domu a telegramy wysyłane z Australii informują o szybkiej sprzedaży domu i przygotowaniach żony do przyjazdu. Z jakim zdziwieniem Scully widzi na lotnisku jedynie swoją córkę, ani śladu żony, żadnych wiadomości czy znaku. Córka odmawia komentarza i nie dzieli się żadnymi spostrzeżeniami ze swym ukochanym ojcem a on pozostaje sam usilnie starajac się dowiedzieć co stało się z żoną. To właśnie w 13 rozdziale akcja nabiera zawrotnego tempa a my przemieszczamy się przez Grecję, Francję i Holandię w szaleńczej pogoni za Jennifer. Ta podróż w przeszłość tego rzekomo szczęśliwego małżeństwa uchyla rąbka tajemnicy. 

Książka wzburzyła mnie i wciągnęła, wkurzałam się na głównego bohatera i zrzymałam, denerwowałam i wpadałam w złość. Jednocześnie rozumiałam jego ból i akceptowałam jego parcie na to by zrozumieć. Winton burzy stereotypy wybierając mężczyznę jako tego który pozostaje sam z dzieckiem, pozostawiony przez ukochaną. Zarazem pokazuje on jak czasami można zagubić się i nie znać swych najbliższych, ich pragnień, marzeń i zamiarów. Bycie razem nie gwarantuje pełnego zrozumienia a szara rzeczywistość i codzienne obowiązki stają się idealnym podłożem do tego aby osiąść na laurach i założyć, że wiemy, kochamy się i jesteśmy szczęśliwi. Książka "Jeźdźy" okazała się naturalną kontynuacją "Piątego dziecka", zupełnie przypadkowo tworzą całość: czasami lepiej nie dociekać bo dobrego wytłumaczenia nie ma i być nie musi.

Moja ocena: 5+/6

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania