Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
piątek, 13 marca 2009
"Wiosna kamieni"

 

 

Dziś podobno zima atakuje Polskę, za to za moim oknem słońce świeci dziarsko. Powietrze coraz cieplejsze, aż chce się spacerować, zmienić ubrania na lżejsze i raz na zawsze zapomnieć o zimie. Mam ochotę nawet sięgnąć po wiosenną lekturę pełną kwiatów, opisów przyrody, taką z której kart wyczuwa się palące słońce. 


Tymczasem "Wiosna kamieni" Pierra z wiosną niewiele miała wspólnego, to obraz panurego i smutnego średniowiecza owładniętego epidemią trądu. Brud, brak higieny i sztywnego kręgosłupa moralnego towarzyszy w książce tworzeniu niezwykłego dzieła jakim jest katedra Notre Dame. Jest w tej książce coś z "Pachnidła" Patricka Suskinda, w ktorej to tłum zebrany na placu oddaje się nadzikszej orgii zapominając o swej rzekomej prawości. Podobnie z budowniczymi katedry, bliskość swiątyni nie sprawia, że ich życie staje się prawe i czyste jak łza. To grupa porywczych mężczyzn pracujących ciężko by mieć za co wykarmić rodziny, najemników tworzących odseparowane wspólnoty, nie są ani tolerowani ani szanowani przez ludzi. Z jednej strony niczemu nie winna tłuszcza, z drugiej strony czułam do nich odrazę. 


"Wiosna kamieni" to historia tworzenia katedry w pocie, bólu, strachu i łzach. To opowieść o mistrzu Janie i jego uczniu (imiona już zdążyłam pozapominać), oraz o ich prywatnym życiu, miłościach, tęsknotach i wątpliwościach. Mężczyźni zadają sobie pytanie dotyczące roli twórcy, Jan uważa siebie za posłańca, narzędzie w rękach Boga, ktorego zadaniem jest spełnić swój obowiązek. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie mu dane zobaczyć swego dzieła i pokornie się z tym godzi. Z kolei jego uczeń pragnie cieszyć się życiem i w przeciwieństwie do swego mistrza uważa, że to on jest panem swego losu. Katedra jednak pozostaje w centrum jego świata i dla niej jest w stanie zapomnieć o ukochanej, Żydówce. Czy na zawsze? W książce pojawia się wielka milość i wiele błahych, typowo cielesnych miłostek.  


 Z kart lektury wieje grozą, ciemne społeczeństwo daje się sobą łatwo sterować, ale i łatwo ulega podszeptom i buntom. Średniowiecze odciska swe piętno również na zdrowiu bohaterów, zarażenie trądem jest wyrokiem śmierci i poprzedzającej "odsiadki" - samotności i opuszczenia w odosobnionym ośrodku dla trędowatych. Generalnie cieszę się, że skończyłam przygodę z "Wiosną kamieni" i obiecuję sobie, że nie sięgnę po lekturę o średniowieczu przez długi czas.

15:00, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 09 marca 2009
Stare śmieci

 

W końcu można odsapnąć, usiąść w kącie z filiżanką herbaty, włączyć lampkę, zgarnąć książkę pod pachę i zacząć czytać. Tylko jeszcze czuję pulsowanie mięśni nóg od czasu do czasu i zapach farby dolatuje z pokoju obok, ale gniazdko czytelnicze umieściłam sobie arcywygodne. Książki dalej w dużej dezorganizacji, jedynie anglojęzyczne poukładałam razem, Nobliści też bytują obok siebie. Zakładam, że przyjdzie taki moment kiedy natchnie mnie na układanie i rozmieszczanie w odpowiedniej kolejności, patrząc na moje wcześniejsze przekładanie książek i układanie ich według klucza co kilka miesięcy pozwala myśleć, że wkrótce nadejdzie na to pora. Ale to dopiero wkrótce. Teraz pora odsapnąć, westchnąć, przyzwyczaić się do nowych kątów, wyczaić najlepsze zakątki. 

Książkę Ann Patchett czytałam jeszcze w ubiegłym miesiącu, pamiętam, że pasjami w wannie nie dbając o to czy wpadnie do wody czy nie. Uwielbiam czytać w wannie pełnej piany, jest zdecydowanie mniejsza szansa na to, że zasnę nad książką. Za to łóżko jest gwarantem snu w 3 minuty od położenia głowy na poduszkę. Ten typ po prostu tak ma.

"Belcanto" to historia zakładników przetrzymywanych w rezydencji wiceprezydenta pewnego iberoamerykańskiego kraju gdzie odbywa się urodzinowe przyjęcie japońskiego biznesmena. Aby mu się przypodobać i zyskać zagranicznego inwestora organizatorzy zapraszają doskonałą śpiewaczkę operową, która to ma uświetnić przyjęcie swym śpiewem. W pewnym momencie rezydencję atakują terroryści którzy chcą wziąć prezydenta jako zakładnika. Jednak prezydent na przyjęcie nie przybywa, w telewizji emitowany jest odcinek jego ulubionego serialu. Wtedy to "z braku laku" terroryści postanawiają zatrzymać grono wpływowych mężczyzn i śpiewaczkę.

Powieść opisuje kolejne wydarzenia i życie jakie układają sobie zakładnicy w zamknięciu. To co miało być największym koszmarem przynosi im szczęście jakiego w życiu nie doznali. Czytając "Belcanto" myślałam o szczęściu, jak łatwo jest zapomnieć o wszystkich nieprzyjemnych okolicznościach w momencie, w ktorym jesteśmy szczęśliwi. Człowiek potrafi zachłysnąć się swym szczęściem, zapomnieć o całym świecie wierząc, że taka chwila będzie trwać wiecznie. I chociaż oczywistym jest, że nic nie jest dane nam na zawsze, w momentach uniesienia nikt o tym nie pamięta i tkwi w błogostanie. Każde nieprzyjemne wydarzenie staje się w takich okolicznościach zaskoczeniem, ba nawet szokiem. 

Czy książka podobała mi się? Tak, zdecydowanie, nie dość, że dobrze się ją czyta to jeszcze zmusza człowieka rozważenia paru spraw. Nie płakałam co prawda:), ale zostałam pod dużym wrażeniem prozy Ann Patchett. 

środa, 04 marca 2009
Klucz do książek

 

Długo mnie nie było, jednak efektem mej nieobecności jest całkiem nowe mieszkanie i w końcu sfinalizowana przeprowadzka. Jako, że cały ostatni tydzień zajmowałam się układaniem i segregowaniem swych rzeczy, w tym książek, bardzo mnie zastanawia jak wy sobie z tym radzicie, w jaki sposób układacie książki. W poprzednim mieszkaniu miałam kilka ogromniastych i pojemnych półek na których książki ułożone były kolorystycznie. Teraz do dyspozycji mam kilka półek i regałów w całym mieszkaniu i wielki problem, bo książki w jednym miejscu się nie mieszczą. Na razie poukładałam je przypadkowo, zobaczymy czy taki układ da mi spać. Plus z przeprowadzki jest wielki: spełniło się moje marzenie, wszystkie książki kucharskie mam w kuchni pod ręką, gotowe do użycia. 

Oczywiście niczego w tym czasie nie czytałam, nawet nie pamiętam czego nie zdążyłam zrecenzować a i książki do biblioteki trzeba oddać. Postaram się nadrobić zaległości jak najprędzej! Na razie melduję się, że żyję:)

wtorek, 17 lutego 2009
Kreativ Blogger

Czasowo się ciężko wyrobić jakoś, czeka mnie przeprowadzka co oznacza, że będę mieć go jeszcze mniej, komputer w domu nie działał. Na dodatek czytanie pechowo się kończy, bo zaczęłam "Kroniki włoskie" Stendhala i zarzuciłam. Nie załapałam i nie wbiłam się w nurt wierząc, że "Wiosna kamieni" pochłonie mnie bardziej. Co z tego skoro zanim zasiądę do czytania to zapominam co było w ostatnim rozdziale. Nie wróży to dobrze, ale zobaczymy jak rozwinie się sytuacja. 
Nie podzieliłam się wrażeniami po lekturze "Śmierci pięknych saren" Oty Pavla, książka podobała mi się niesamowicie. Za to skończyłam "Belcanto" Ann Patchet, która zdobyła miano jednej z książek roku u Padmy. Recenzję zamieszczę już wkrótce, bo nie warto, żeby odeszła w zapomnienie. 

Ale póki co pragnę podziękować Annie i Nutcie za wyróżnienie, które jest dla mnie niemałym zaskoczeniem. Wahałam się znacznie i zastanawiałam kogo wyróżnić, ale jest to zadanie ponad moje siły. Do wszystkich zaglądam sprawdzająć co nowego, czasami komentuję czasami nie. To jest tak jakbym miała wybrać spośród swoich dzieci które kocham bardziej. Co prawda nie posiadam potomków póki co, ale teraz na pewno wszyscy wiedzą o co chodzi:) Za każdym razem, kiedy zrobiłam taki szkic listy brakowało mi w niej kogoś, dlatego też i poddaję się już. Nie ograniczę się do 7 blogów. Także chętnie daję wyróżnienie każdej osobie jaką mam w zakładkach. KAŻDEJ. Tak więc zapraszam do nagradzania kolejnej porcji osób, a oto zasady wyróżnienia:

 

Zasady przyznawania wyróżnienia:
- na swoim blogu umieszczamy logo Kreativ Blogger, oraz informujemy, kto przyznał wyróżnienie
- nominujemy 7 blogów lub więcej do nagrody i podajemy link każdego z tych blogów
- informujemy wyróżnionego o nominacji w komentarzach na jego blogu.

15:05, ksiazkowo , nagrody
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 lutego 2009
Imię Róży

 

 

Swego czasu wykazałam się ignorancją na miarę ludzi mediów, chciałam lepiej poznać literaturę włoską nie zauważywszy, że Umberto Eco do grona pisarzy włoskich należy. Co więcej, kiedyś jakieś podejście do Eco miałam jednak za młoda i zbyt niecierpliwa byłam a może i wybór padł na nieodpowiedni utwór, bo na "Zapiski na pudełku zapałek". Toteż teraz postanowiłam wykorzystać wyzwanie i nadrobić zaległości czytelnicze w kwestii literatury włoskiej. 

Strasznie wahałam się nad napisaniem recenzji książki "Imię Róży" na swoim blogu, bo to rzekomo ciężka książka, kiepsko się czyta i na dodatek zawiera tyle filozofii, która nie pozwala się książką cieszyć tylko zanudza. Tymczasem odniosłam zupełnie inne wrażenie. To naprawdę świetna powieść, którą można czytać na wiele sposobów i wielu płaszczyznach - w zależności od tego w którą chcemy się wgłębiać na taki poziom trudności trafimy. Dzięki temu do książki można wracać i wielokrotnie odnajdywać nowe, ciekawe elementy wcześniej przez nas nie odkryte, albo nie zrozumiane. Zdarzyło mi się powracać do jakiejś strony lub dwóch, żeby przypomnieć sobie stanowisko któregoś z mnichów na dany temat.

Po pierwsze jest tu wątek kryminalny, w myśl hitchcockowskiej wizji fabuły idealnej na początku pojawia się trup a później jest tylko gorzej. W roku 1937 w opactwie benedyktynów we Włoszech ma miejsce tajemnicze morderstwo bądź samobójstwo. Wilhelm z Baskerville wraz z uczniem Adsem z Melk przyjeżdżają do klasztoru, by pomóc w rozwikłaniu zagadki morderstwa. Szybko okazuje się, że giną kolejni mnisi, wszyscy w tajemniczo powiązani z biblioteką. Wilhelm jako były inkwizytor ma wyostrzony zmysł obserwacji i potrafi dostrzec to, czego nie widzą inni, i dlatego jest w opactwie potrzebny. Wydarzenia w opactwie opisuje Adso, uczeń i sekretarz Wilhelma i to jego oczyma śledzimy akcję. Wątek kryminalny wciąga, nie chce się od książki odchodzić. 

Drugą warstwą jest obraz religii w średniowieczu, wieki ciemne, triumf wiary i zarazem bojaźni sprawił, że wszelkie formy władzy posiadało duchowieństwo. To oni umieli pisać i czytać, dbali o księgi i zachowanie ich dla kolejnych pokoleń. Dlatego też czuli się lepsi od zwykłych ludzi, biednych i nierzadko dotkniętych przez los. Trzymanie przywileju pisania i czytania dla siebie pozwalało im zachować wysoki status. W opactwie tym toczy się dyskusja na temat ubóstwa mnichów, podczas tygodnia bogatego w wydarzenia odbywa się spotkanie wysłanników papieża ze zwolennikami ubóstwa. Kościół sprzeciwiał się postawie św. Franciszka, która to rzucała cień na bogactwa i zbytki dostępne dla papieża i kościoła w ogóle. „Imię Róży” zawiera mnóstwo fragmentów i dysput związanych ze stanem kościoła w średniowieczu. 

Mamy tu też rozważania na temat śmiechu, wiedzy i dążenia do jej zdobywania czy nawet kilka słów o miłości. Krótko mówiąc, powieść jest ciekawa, im bardziej się wgłębiamy tym więcej elementów dostrzegamy. Że już nie wspomnę o tle historycznym – średniowiecze stało się dla mnie bardziej zrozumiałe, zawsze postrzegałam je jako wieki ciemne, łatwowierni i bojaźliwi ludzie, którzy niewiele maja do powiedzenia o swym życiu. Eco przedstawia średniowiecze „od kuchni” co pozwoliło mi znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego tak się właśnie dzieje. 

18:46, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 02 lutego 2009
Sposób na szaleństwo

 "A zatem – nic tylko czytać. Dzieciom odbierać chleb od ust, żonom położyć szlaban na kosmetyki i ciuchy, mężom – na piwo i elektronikę. I biec do księgarni, by zdobyć trochę przepysznej umysłowej strawy. Zapowiada się fajny rok."

 Tak pisał pan Piotr Kofta w "Dzienniku" po artykule zapowiadającym nowości wydawnicze na nadchodzący rok. A my wszyscy zastanawiamy się nad tym jak nam sie to uda wszystko przeczytać. A ja znalazłam sposób na to szaleństwo. Prosta ale i skuteczna metoda. Nie czytać nowości wydawniczych, no chyba że mnie coś tak zafascynuje albo jakaś wasza recenzja zachęci, że nie oprę się pokusie. A, że czasu nie mam na wertowanie wszystkich gazet, czytanie blogów bądź dociekanie co warte jest przeczytania pozostaje mi tylko czekać. Cierpliwie, jeżeli coś naprawdę nie powinno mnie ominąć to będzie o tym głośno nawet kilka lat po premierze. Jeśli nie głośno to echo do mnie na pewno dotrze.


Tak naprawdę moim postanowieniem noworocznym, trochę przewrotnym jak na książkomaniaka, było kupować mniej, wypożyczać więcej i nie zwracać uwagi na nowości wydawnicze. Pozwoli mi to na nadrobienie ustawicznych zaległości czytelniczych ale i sprawi, że ominę gnioty, których wszędzie pełno. Tak więc liczę na to, że omijanie księgarń sprawi, że będę czytać rzeczy lepsze. I nadrabiać zaległości w zawsze aktualnej klasyce.
 

środa, 28 stycznia 2009
Vermeer a Herbert

No i okazało się, że znalazłam jednak, tym pięknie opisującym Vermeera jest Zbigniew Herbert, który interesował się tym malarzem i malarstwem holenderskim. Szkic ten opublikowano dzięki uprzejmości pani Herbertowej i podobno znajdował się w teczce zatytułowanej "Vermeer" wraz z szeregiem kartek z luźnymi notatkami w których Herbert zanotował wrażenia z oglądania obrazów. Szkoda, że nie zdążył opowiedzieć i napisać wszystkiego. 

 

A oto i mały fragment:

"Spośród wielkich Vermeer jest malarzem najbardziej zagadkowym. I jego życiorys składa się z samych znaków zapytania. Kto był jego mistrzem? Na ten temat można snuć mniej lub bardziej prawdopodobne domysły. Dlaczego na około czterdzieści znanych jego obrazów tylko dwa, dosłownie dwa noszą datę ręką artysty? Czy był aż tak bardzo pewien, że czas narodzin nie ma znaczenia, dlatego stworzone są, aby żyć wiecznie? Jak to się stało, że nie zachował się po nim żaden rysunek, żaden szkic do obrazu, żaden obraz nie dokończony. Te "odpady" stanowiłyby bezcenne materiały do poznania metody mistrza. A korespondencja? Z pewnością jak inni pisał listy, więc dlaczego nie zachował się ani jeden, który by mówił o jego stosunkach rodzinnych, przyjaźniach i animozjach. Nasuwa się podejrzenie, że to nie los, ale sam artysta zacierał świadomie ślady swej ludzkiej egzystencji. Był malarzem ciszy i światła. Światło zostało w jego obrazach. Reszta jest milczeniem." 

Zbigniew Herbert, "Mistrz z Delft", Zeszyty Literackie 2000, nr 69, s. 86.

wtorek, 27 stycznia 2009
Vermeer i służba

O Vermeerze dowiedziałam się ze stron "Zeszytów Literackich", gdzie ktoś ciekawie napisał szkic o tym malarzu. Być może to był to fragment czegoś większego, rozdział książki, nie wiem. Próbowałam szukać, ale jak na złość numery archiwalne rozeszły się po zakamarkach mieszkania, być może ktoś z Was mnie oświeci kto tak pięknie o Vermeerze pisał. 

Do rzeczy: nie wiem czy nie wolalabym posiedzieć w muzeum Mauritshuis w Hadze, gdzie znajduje się aktualnie obraz Vermeera "Dziewczyna z perłą" niż przeczytać książkę Tracy Chevalier. Bo chociaż jakoś nie mam nic jej konkretnego do zarzucenia to odnoszę wrażenie, że to tylko takie czytadełko. Podobały mi się tylko delikatne opisy światła panującego w gabinecie holenderskiego malarza.

Tracy Chevalier powieść swą osnuła wokół obrazu Jana Vermeera "Dziewczyna z perłą", to wymyślona przez autorkę historia powstania tego dzieła i pokazująca proces tworzenia z perspektywy osoby malowanej. Dziewczyna z perłą to po prostu służąca w domu Vermeerów, która trafiła tam po niefortunnym wypadku swego ojca. Stracił on zdolność do pracy co znacznie zubożyło rodzinę, dlatego też Griet musi pracować jako posługaczka i pomywaczka. Co mnie wcale nie zaskoczyło, pomiędzy Griet a Vermeerem tworzy się tajemnicza nić porozumienia, ta zwykła dziewczyna staje się jego muzą. 

W rzeczywistości nie wiadomo kto pozował do tego jednego z nielicznych potretów malarza, Tracy Chevalier więc "poszła po bandzie". Wybrała jedną "z ludu", skromną i pracowitą dziewczynę i postanowiła stworzyc intrygującą historyjkę. Z pozoru idealny przepis na bestseller: weź biedną ale piękną chłopkę, niech zdobędzie serce wyższego rodem, pokaż nierówność społeczną i konflikt religijny. Z tym, że wszystko to pani Chevalier zrobiła po łebkach. Griet i Vermeer to niby jakiś związek, jednak żadnej w nim namiętności, bólu miłości nie widać, nawet w sumie nie byłam przekonana czy pomiędzy nimi iskrzy. I żeby było jeszcze śmieszniej to Griet mądra i inteligentna jest, i wychowywać dzieci umie, i zmysł artystyczny ma, jak każda służąca;). Tylko szkoda, że jak bolą ją ręce od pracy, to mimochodem jest to wspomniane. Żona malarza, z pozoru zła, nie zrobiła na mnie wrażenia jędzy, a litość raczej. Że już nie wspomnę niegodziwego więc braku jakichkolwiek emocji u każdej postaci.

Niby to historyczna powieść, a jednak niewiele w niej historii. Mogę tylko panią Chevalier docenić za naszkicowanie tła, subtelne oddanie obyczajowości tamtych czasów i realiów życia codziennego. 

A swoją drogą to przyznaję, że wybrałam "Dziewczynę z perłą" dla tłumacza Krzysztofa Puławskiego, który to poprawiał moje prace wieczorami w czasach burzliwych studenckich. I chociaż nie ciągnęło mnie do niej specjalnie to ciekawość zwyciężyła. Gdybym miała polecić podobną w tematyce i miejscu akcji książke to zdecydowanie "Pasja życia" Irvinga wygrywa z "Dziewczyną z perłą". Czytałam na wakacjach ze znajomymi i zamiast spijać piwka i grać w karty ryczałam nad Van Goghiem i nic nie było mnie w stanie od "Pasji życia" odciągnąć. 

15:18, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 stycznia 2009
Więcej pokory

Chyba ostatnio jakąś czarną serię książkową przeszłam i odrzucam jedna za drugą. A to "Mnich" mnie denerwował, później "Urania" zniechęciła zupełnie jakimś brakiem pomysłu na konkretną fabułę. Ten pech do książek sprawiał, że i recenzować mi się po prostu nie chciało. Ostatnio jednak odczuwam nawrót ochoty i weny twórczej, tak więc donosze o kolejnej lekturze "Śmierć pszczelarza" Larsa Gustafssona, którą przeczytałam już pewnie z dwa tygodnie temu.

Bardzo piękna książka do przeczytania nawet jednego wieczoru, koniecznie z filiżanką pachnącej kawy w ręku i łagodną muzyką w tle. Chociaż ja miałam ochotę czytać na świeżym powietrzu ogrzewając się w wiosennym słońcu (chociaż jeszcze go nie ma). To historia Larsa Lennarta Westina spisana na kartach pamiętnika podczas ostatniego roku jego życia. Główny bohater, emerytowany nauczyciel spędza czas w swej samotni, z dala od ludzi, którzy nie są mu już potrzebni, z pszczołami i psem. Uczy go to pokory i daje siłę na trwanie w bólu, zmaganie się z nim, czy wręcz zaprzyjaźnianie się. Ból sprawia, że docenia on inne rzeczy.

"I co rano ten sam strach, że te bóle powrócą. Przez całą zimę dręczyły mnie bóle. Obecnie cierpię dokładnie tak samo ze strachu przed bólem." (str. 56-57)

"Raj? Wszystko to właśnie przeżyłem. Raj musi polegać na tym, że dopóki nie mamy żadnych bólów, żyjemy w raju! I nie zauważamy tego! Szczęsliwi i nieszczęśliwi żyją w tym samym świecie, i nie widzą tego!" (str. 101)

Notatniki są taką próbą uporządkowania jego życia, zrozumienia tych właśnie niedokończonych wydarzeń, i niedopowiedzianych słów. Opisuje on swe relacje w kobietami, przyjaciółmi, rodziną - nie oczekiwał zbyt wiele, dlatego niewiele dostał. A może właśnie dostał bardzo dużo. Pamiętnik ten poza zupełnie prozaicznymi notatkami z codzienności zawiera jakby taką spowiedź, rozliczenie z tym co było i co minęło. To dowód na zupełne pogodzenie się z życiem, z tym jak ono wygląda i boli. Lars wspomina wszystko to, co w życiu mu się udało, co było dla niego ważne i do czego warto wracać. I chociaż np. małżeństwo zakończyło się rozwodem to jednak nie ma on żalu do nikogo, godzi się na życie w każdej formie. Wkurzałam się na niego za tę jego pozorną bierność, obruszałam jednocześnie zdając sobie sprawę, że znalazł on spokój do którego warto dążyć.

"Nadzieje jest niemal równie ciężka jak to drugie. Ale człowiek przywykł bardziej mieć nadzieję i bać się, niż znajdować się w środku tego, na co miał nadzieję albo czegoś się bał. Czego się nauczyłem: że nie ma żadnego rzeczywistego wyjścia z życia. Można tylko odsunąć rostrzygnięcie, zręcznością lub podstępem. Ale nie istnieje żadna droga wyjścia. Jest to całkiowicie zamknięty system, i przy wyjściu jest tylko śmierć." (str. 100)

Taka trochę magiczna książka, nie ma tu wartkiej akcji, jednak czyta się gładko i szybko. "Śmierć pszczelarza" przypomina o śmierci i nakazuje zapomnieć o błahostkach, stresie i nerwach powodowanych rzeczami zupełnie nieistotnymi. Wskazuje proste życie jako dobrą drogę do zachowania pogody ducha w każdych okolicznościach.


Lars Gustafsson, Śmierć pszczelarza, Czytelnik, Warszawa 1982,

wtorek, 13 stycznia 2009
Czas Magellana

Zwlekanie z pisaniem recenzji wiąże się z powracaniem do przeczytanej książki jakby przymusowo, nie dobrowolnie. Jakoś ciężko mi myśleć i jakiejkolwiek innej książce niż ta, którą w danym momencie czytam, dlatego też i pisanie recenzji jest już czynnością sztuczną. Zdecydowanie lepiej pisać na gorąco, jeszcze analizując i myśląc nad poszczególnymi fragmentami książki niż starać się sobie przypomnieć o czym to się myślało "w trakcie". Dlatego w ramach noworocznych postanowień obiecuję sobie pisać zaraz po, przed sięgnięciem po kolejną pozycję z przygotowanego stosiku.

"Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi" to moja kolejna wyzwaniowa lektura. Jako, że nie jestem pierwszą osobą opisującą wrażenia po tej ksiażce (quaffery stworzył piękną recenzję) i nie będę opisywać fabuły: w skrócie - Magellan próbując dotrzeć do Wysp Korzennych opłynął Ziemię, czym zrewolucjonizował świat. A oto i kilka refleksji okraszonych soczystymi cytatami.

Co mnie najbardziej zaciekawiło w tej książce to nic innego jak osobowość Magellana, człowieka niezwykłego pod każdym względem, silnego zarówno fizycznie jak i intelektualnie, doskonałego przywódcy. Od samego początku był tak uparty, że pomimo wielokrotnego zbywania jego próśb, odrzuceniu znalazł sposób na zorganizowanie wyprawy. To karkołomne wręcz przedsięwzięcie byłoby niemożliwe gdyby nie jego siła przebicia i upór.

"Jego ludzie opłynęli Ziemię, przede wszystkim dlatego, żę ich do tego zmusił, wręcz sterroryzował. Strach był najważniejszym narzędziem motywowania podwładnych, którzy bardziej bali się Magellana niż niebezpieczeństw morza."

Później, podczas rejsu, znienawidzony przez większość załogi, (racjonował żywność, pilnował aby wszyscy równie ciężko pracowali) potrafił zdławić bunt na pokładzie trzech z pięciu statków i górować nad skłóconymi podwładnymi. To najlepszy dowód na jego inteligencję i zdolności przywódcze. Z drugiej jednak strony to właśnie upór i zadufanie w sobie przyniosły mu zgubę, której mógł uniknąć.

"Przysługiwało im prawo do mięsnych posiłków trzy razy na tydzień (...). W pozostałe dni tygodnia kapitan miał im zapewniać "owsiankę, ponadto codziennie wieczorem również chleb, a także w te same trzy dni rano powinien im wydać wino i [...] rę samą ilość wina co wieczór". Relacje na temat, ile wina Magellan wydawał swoim ludziom, nie są zgodne, ale przypuszczalnie było to dwa litry na głowę dziennie."

Nic dziwnego, że kłócili się i buntowali. Nie tylko tego można dowiedzieć się z kart książki Laurence'a Bergreena, opisał on doskonale historyczne tło wielkich wypraw po skarby jakimi były przyprawy korzenne. Dowiadujemy się w jakiej kondycji była Portugalia i Hiszpania, w jaki sposób postrzegano świat czy jakie piętno odcisnęła Wielka Inkwizycja na zachowanie ludzi.

"Zadawano ją w pięciu etapach, coraz bardziej bolesnych. Najpierw skazańca rozbierano, wiązano mu ręce na plecach i straszono, nakłaniając, żeby przyznał się do winy. Jeśli odmówił, następował drugi etap. Polegał on na tym, że przesłuchiwanego na krótko podciągano za wykręcone do tyłu ręce na sznurze przechodzącym przez zamocowany do sufitu blok. Jeśli nadal nie chciał się przyznać, czekał go trzeci etap strappado, podczas którego zawieszano go na dłużej, co często prowadziło do wywichnięcia barków lub złamania ramion. Jeśli i tym razem nie chciał złożyć zadowalającego zeznania, poddawano go czwatemu etapowi męczarni: podciągano go do góry i gwałtownie szarpano, co powodowało straszliwy ból. Niewiele ofiar metodycznie zadawanego strappado potrafiło wytrwać tak długo. Dla nich to przewidziano piąty, ostatni etap mąk, w którym to do nóg przymocowywano ciężary, niekiedy tak duże, że wyrywały kończyny z umęczonego ciała torturowanego".

"Poza krawędź świata" to nie jakaś kolejna historyczna nuda nafaszerowana faktami i danymi, to niesamowita opowieść, którą czyta się jak najlepszy kryminał mimochodem zdobywając wiedzę. Niesamowite.

Laurence Bergreen Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2005, str. 146, 118, 147-148.

21:26, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (6) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania