Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
niedziela, 26 kwietnia 2009
"Pchli pałac"

Pałac Cukiereczek to kamienica wybudowana przez rosyjskiego emigranta - generała dla żony, która straciła kontakt z rzeczywistością. Dopiero wspomnienie Stambułu, barwami przypominającego cukierki, przywróciło ją do życia. Nazwany przez żonę Pałac Cukiereczek to miejsce nie byle jakie, wzniesiony na terenie dwóch cmentarzy ormiańskiego i muzułmańskiego jest domem dla wielu dziwadeł i oryginałów. Ta plejada bohaterów o odmiennych charakterach ma wspólny problem, robaki powoli opanowujące kamienicę. Skąd się one biorą i dlaczego upodobały sobie właśnie mieszkania na Żurnalowej? Czy to przez sterty śmieci wyrzucane na podwórze przez mieszkańców okolicy? 

Rozdziały opisują kolejno wszystkich pomyleńców, osobliwe postaci żyjące w Cukiereczku, dalekim od dawnej świetności. Mamy wśród nich studenta obsesyjnie myślącego o śmierci wraz z psem głodomorem, dwóch fryzjerów braci bliźniaków, maniaczkę czystości, kobietę entomologa, która dla mężczyzny porzuciła pracę i karierę zawodową, rozwiedzionego wykładowcę uczelnianego czy babcię szanowaną przez wszystkich mieszkańców kamienicy. Ich losy są dziwne i pokrętne, zachowania, by powiedzieć delikatnie, oryginalne. „Pchli pałac” to obraz obsesji, lęków i obaw targających ludźmi. Nie ma tam jednak zbytniego nadęcia ani ponuractwa. 

Pałac Cukiereczek to obraz Stambułu, połączenia tradycji z nowoczesnością, szyku i smrodu. To miejsce gdzie student zanurza się w narkotykowych wizjach podczas gdy na innym piętrze kobieta spędza cały dzień przygotowując tradycyjny turecki obiad dla swego pracującego męża; chociaż jej wykształcenie sugerowałoby zupełnie inne zajęcie. Tak sobie wyobrażam Stambuł, nie byłam niestety chociaż od dłuższego czasu o takiej podróży marzę. To pewnie takie miejsce, gdzie obok salonu fryzjerskiego wypuszczającego „w świat” kobiety o pięknych paznokciach i wspaniałych włosach znajduje się uliczka zagracona przez odpadki i śmieci. Jeżeli taki obraz chciała pokazać autorka zadanie wykonała. 

Co mnie wkurzało najbardziej to te stwierdzenia, że Elif Safak to druga po Pamuku autorka turecka, pal sześć czy tak jest czy nie, ale żeby używać takiej samej czcionki jak w „Nazywam się czerwień”? Czy wydawnictwa muszą brać wszystko na poważnie? Nie wiem tylko dlaczego nie przetłumaczono jej wcześniejszych książek, nie rozumiem tej zasady wybierania tego, co warto nam przetłumaczyć a czego nie.”Pchli pałac” chciano chyba szybko wydać, bo w tekście znalazłam dwie literówki, czego nie spodziewałabym się po Wydawnictwie Literackim. No, ale zawsze to tylko dwie. Co do Safak, nie brakuje jej doskonałego zmysłu obserwacji, potrafi uchwycić szczegóły i detale, to wszystko okraszone jest sporą dawką ironii i poczuciem humoru. Czyta się znakomicie. A oto maleńka próbka:

„Pijany nie powinien siadać za kierownica. Każdy się z tym zgodzi. Ale nie ma żadnej regulacji prawnej dotyczącej korzystania przez pijanych z telefonu, choć to może mieć jeszcze bardziej niebezpieczne dla życia skutki. Pijany, prowadząc samochód, uderza na chybił trafił w jakieś przeszkody: a to w jakieś nieszczęsne drzewo, które nagle stanie mu na drodze, a to w jadące przed nim auto… Takie wypadki nie są zamierzone i nie służą żadnemu celowi. Ale ci co po pijanemu korzystają z telefonu, doprowadzają do zderzenia wyłącznie z kimś kogo kochają.”

Safak Elif, Pchli pałac, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009 

 

środa, 22 kwietnia 2009
"Samotność" Isherwood

„Samotność” Christophera Isherwooda zapowiadała się niezwykle ciekawie, nie tylko z racji swej tematyki. Zasięgnęłam informacji na temat Isherwooda i wydał mi się on wręcz postacią niesamowitą. Kumpel Virginii Woolf, otwarcie przyznawał się do swego homoseksualizmu.

I o homoseksualnym związku, a raczej jego zakończeniu opowiada „Samotność”. Jest to studium rozpaczy po stracie ukochanego, straty z którą ciężko się pogodzić i z którą ciężko żyć. Główny bohater, George, jest starzejącym się gejem, wykładowcą na uniwersytecie, spokojnym osobnikiem żyjącym w Los Angeles. Cały ten spokój zostaje zburzony w dniu śmierci jego ukochanego Jima. 

Wszystko, najdrobniejsze nawet czynności przypominają mu o miłości jego życia. Kontynuuje pracę, dba o siebie, ale robi to wszystko jakby siłą rozpędu. Mechanicznie wykonuje czynności składające się na życie, wypełnia dzień szeregiem obowiązków, zadań a jednocześnie w nich nie uczestniczy. To tylko sposób na wypełnienie pustki, tej wyrwy w jego życiu. I chociaż otaczają go różne osoby, z którymi rozmawia, spotyka się to doskwiera mu przeraźliwa samotność. Nikt nie rozumie jego uczuć, nikt nie cierpi równie mocno jak on, bo tylko on kochał Jima tak mocno. 

Pomimo tego, że książkę czyta się szybko i dość dobrze, George nie jest bohaterem, któremu współczujemy. To raczej nadęty, stary bufon, który szybko stara się wypełnić lukę ciałem swego młodego studenta. Wydaje mi się jednak, ba, a nawet wiem, że po stracie tak wielkiej właśnie tak zachowuje się człowiek. Niby brnie do przodu, stara się powrócić do swego poprzedniego trybu życia, ale tak naprawdę jego umysł znajduje się gdzieś bardzo daleko , obserwuje z boku bieg wydarzeń i mocno dziwi się , że ”jednak można żyć bez powietrza”.

niedziela, 19 kwietnia 2009
Notatki na marginesie

Zaczęłam czytać "Pchli pałac" i podzielę się tylko informacją, że wsiąka się w tę książę na dobre, dlatego warto sobie uwzględnić w planach kilka dni totalnego lenistwa, tak by nic nie musiało zakłócać czytania.

Podczytuję też Harrego Pottera, dla snów. Chciałam coś zupełnie lekkiego i absorbującego na święta i okazało się, że chociaż całą serię czytałam kilka lat temu, nic nie pamiętam. Tak więc przeczytałam dwie części i za każdym razem kiedy czytam przed snem śnią mi się tak niesamowite rzeczy, że aż sama siebie w osłupienie wprawiam. A to, że jestem czarownicą (co jest w sumie całkiem możliwe) i staram się ratować normalnych ludzi z opresji tu i ówdzie rzucając zaklęcia. Albo to, że fruwam w obłokach sprawdzając, czy wszystko w porządku tam na dole. Będę kontynuować z Harrym, bo umiejętność sterowania snami wydaje mi się wspaniała i użyteczna. Być może kiedyś wmuszę w kogoś w depresji ciekawą lekturę i jego życie zmieni się przez noc? Warto próbować.

Przeczytałam też "Samotność" Isherwooda, recenzja wkrótce, jednak zupełnie nietrafiona książka w mój nastrój, ani oczekiwania. A teraz pomykam do Pałacu Cukiereczek!

wtorek, 14 kwietnia 2009
"Polowaneczko" Tomasz Matkowski

Ciekawe jest to, że na książkę „Polowaneczko” Tomasza Matkowskiego nadeszła pora tuż po przeczytaniu „Biegunów” gdzie znajduje się historia kobiety krążącej po świecie w poszukiwaniu dowodów na okrucieństwo człowieka wobec zwierząt. Tomasz Matkowski skupił się na jednym z nich – myślistwie. 

Na dźwięk słowa myśliwy większość z nas wyobraża sobie dziarskiego mężczyznę w średnim wieku, dumnie kroczącego z dubeltówką (bądź jakimś innym ustrojstwem) na ramieniu . Poznałam kilku myśliwych i każdy z nich to poczciwy pan oddany rodzinie, przyjacielski i dający się lubić. Mężczyzna, który ma zainteresowanie i hobby – od czasu do czasu potrzebuje się zaszyć w leśnej głuszy. Jednak większość z nas nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w środku. „Polowaneczko” jest próbą podglądnięcia zwyczajów myśliwych.  

Jest to bardzo krótka książeczka na którą składa się nieopublikowany artykuł napisany do GW, wywiad Mariusz Szczygła z tłumaczem uczestniczącym w polowaniach, komentarz autora do dyskusji na temat polowań na forum gazety oraz list od rzecznika prasowego Krajowego Związku Łowiectwa. Ot, rzecz do przeczytania w jedno popołudnie.

Zaczyna się od statystyki i precyzyjnego zestawienia danych dotyczących ilości odstrzelonej każdego roku zwierzyny, najwięcej zabijanych jest saren, co pewnie nie dziwi nikogo, w końcu ładne są. Na szczęście nie każdy piękno utrwala w ugotowanej i wypatroszonej formie. Tomasz Matkowski podaje szereg technik zabijania stosowanych przez myśliwych, cytuje profesjonalne książki doradzające jak po kolorze farby (krwi) poznać w co ustrzelona została zwierzyna i jak długo będzie żyć zanim wykrwawi się całkowicie. Opisuje rzeczowo , nie pomijając żadnego okrucieństwa, poddaje nas terapii szokowej i podaje przykłady. Jak ten, w którym myśliwemu nie udało się zabić kaczki, ale zdążył odstrzelić jej obydwie nogi. Myśliwi na pytanie „to jak ona wyląduje?” wybuchają śmiechem.

Matkowski stara się nas otrząsnąć i obalić przekonania, według których polowanie posiada pewien etos, myśliwi kierują się etyką, a zabijanie jest podszyte zacną ideologią. Zauważa, że czas polowań powinien się skończyć tak samo jak zakończył się czas społecznego przyzwolenia na znęcanie się nad zwierzętami domowymi. Bo przecież nasze zwierzę domowe, kot czy pies niewiele różni się od hasającej po łąkach sarny, albo muflona. A to, że zwierze potrafi bardzo dużo zrozumieć wiedzą wszyscy posiadacze domowych pupili. 

Jednak w swej demagogii Tomasz Matkowski poszedł o jeden krok za daleko: zaangażował się w sprawę tak głęboko, że zatracił wiarygodność. Postanowił obalić każdy argument zwolenników myślistwa, wytknąć im każdy błąd i przedstawić dokładną analizę ich omyłek. Myśliwych nazywa psychopatami a podkreśla empatię i wrażliwość przeciwników polowań. Zdecydowanie stoi po jednej stronie, angażuje się i nie jest w stanie ostudzić swych emocji. Reaguje na każdy z negatywnych komentarzy otrzymanych na forum gazety z taką zapalczywością, że aż odniosłam wrażenie, że musiał mieć w trakcie pisania zaciśnięte pięści (o ile byłoby to tylko możliwe). 

Z książki zapamiętam ten oto fragment:
 „Ze wszystkich horrorów, z morza krwi i wnętrzności, najbardziej zapadły mi w pamięć spojrzenia konających. Oczy sarny, żywe nawet po śmierci. Oko kuropatwy. Kto raz widział Z BLISKA przerażone, zdziwione, a zarazem ufne spojrzenie konającej, skulonej z bólu i strachu kuropatwy, ten nie zapomni tego do końca życia.”

A to dlatego, że i ja raz widziałam podobne spojrzenie u swej suczki, niezwykle nachalnego stwora domagającego się ustawicznych pieszczot. Któregoś razu odepchnęłam ją nogą, niby lekko i niewinnie, ale ona się jakoś niefortunnie potknęła i straciła równowagę. I choć nie przewróciła się ani nic jej się nie stało zdążyła na mnie popatrzeć tym wzrokiem, w którym widać było ogromne zdziwienie, zdezorientowanie, ufność i strach zarazem. Ryczałam potem jak głupia, próbowałam „odkupić” swe winy spacerami, smakołykami, i chociaż minęło już dobre kilkanaście lat to spojrzenie pamiętam do dziś. Naprawdę boję się nawet wyobrażać sobie jak wyglądają oczy zabijanych zwierząt.  

czwartek, 09 kwietnia 2009
"Bieguni" Olgi Tokarczuk

 

 Odnoszę wrażenie, że ta książka mogłaby być przeczytana nie raz, nie dwa a za każdym razem znalazłabym kolejną, ciekawszą treść. Chciałabym opowiedzieć kilka historii, historyjek z książki, ale nie wiem które powinny być opowiedziane, które tylko wspomniane, a które wręcz należy zupełnie pominąć. 

„Bieguni” to puzzle, których obraz staje się coraz bardziej jasny w miarę czytania kolejnych rozdziałów i rozdzialików. Książka jest niespójna, króciutkie opowiastki przeplatają się z historiami mówiącymi o losach całego życia danej osoby. Większość z nich samoistnie tworzyłoby doskonały materiał na książkę, ale tu sprawia wrażenie przypadkowego zlepku tekstów wklejonych w jeden tom. Czy wystrychnęła nas na dudka czy może jednak to świadomy zabieg? Skłaniam się ku temu drugiemu. Jak pisze sama Olga Tokarczuk:

„Mogłabym używać cytatów i przypisów, mogłabym w porządku punktów czy rozdziałów zawrzeć konsekwencje dowodzenia krok po kroku, o co mi chodzi; weryfikowałabym wcześniej postawioną hipotezę i w końcu mogłabym wywiesić argumenty, jak prześcieradła po nocy poślubnej, na ludzki widok.” (str. 239)

Jednak Tokarczuk obrała wersję fragmentaryczną, chaotyczną, niczego za czytelnika nie robi, nie układa w żadnym porządku, a nas obarcza odpowiedzialnością za odkrycie klucza do książki. 

Jedynym co łączy te opowiastki jest motyw podróży, przemieszczania się i unikania postoju, z którego według Biegunów może zrodzić się tylko zło. Zatrzymasz się, zagapisz, a pochłoną cię ognie piekielne. To chyba mogłoby być motto współczesnego trybu życia, pędu do kariery i pragnienia ustawicznych zmian. Jednak taki tryb życia jest w książce skrytykowany przez jedną z Biegunów. Bezdomna kobieta-dziwadło żyjąca na stacji metra, która krąży w kółko mówiąc do siebie mówi:

Chodzi im o zbudowanie zastygłego porządku, o uczynienie upływu czasu pozornym. O to, żeby dni stały się powtarzalne i nie do odróżnienia, o zbudowanie wielkiej machiny, w której każde stworzenie będzie musiało zając swoje miejsce i wykonywać pozorne ruchy. Instytucje i biura, pieczątki, okólniki, hierarchia i szarże, stopnie, podania i odmowy, paszporty, numery, karty, wyniki wyborów, promocje i zbieranie punktów, kolekcjonowanie, wymienianie jednych rzeczy na drugie.

Przyszpilić świat za pomocą kodów kreskowych, każdej rzeczy dać etykietę, niech będzie wiadomo, co to za towar i ile kosztuje. Niech ten obcy język będzie nieczytelny dla ludzi, niech go czytają maszyny i automaty, niech nocami w wielkich podziemnych sklepach robią sobie odczyty wielkiej kreskowe poezji. 
Ruszaj się, ruszaj. Błogosławiony, który idzie.” (str.293)

To jak jest? Mamy pędzić ale nie tam gdzie nam nakazują? Ale czy kręcenie się w miejscu by uniknąć zła w postaci zaszufladkowania, skategoryzowania jest lepsze? Nie wiem, nie rozumiem, ot co. 

Jedną z piękniejszych opowieści jest ta o starym wilku morskim Eryku, który jako dowódca promu kursującego na stałej linii postanowił jednego dnia zboczyć z trasy i wypłynąć w pełne morze w kierunku horyzontu. I choć za taki wybryk trafił do więzienia to posłuchał swego wewnętrznego głosu wzywającego go do podróży.  

Najbardziej przypadła mi do gustu historia pewnej poetki, która dorabiała sobie jeżdżąc jako pilotka po świecie . Zdarzały się jej czasami chwile przestoju, czy to w korku czy w kolejce do jakiegoś muzeum podczas których raczyła swych wycieczkowiczów opowieściami. Jeżeli brakowało jej wiedzy, wymyślała swoje własne wersje wydarzeń lub snuła zupełnie abstrakcyjne i nierealne opowieści. 

Tokarczuk ma niezwykły dar zauważania rzeczy zwykłych z pozoru błahych, które potrafi opisać z chirurgiczną wręcz precyzją. Choć niektóre fragmenty są jakby nie w pełni ukształtowane. Śmieszył mnie opis zwykłego turysty, który z wakacji na Węgrzech przywozi pastę Ajvar i poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Takiego turysty, który podróżuje po to by tak naprawdę docenić dom i najbardziej cieszy się właśnie z powrotu, nie podróży. Tokarczuk stara się namudowodnić, że jest podróżniczką „pełną gębą”, jest lepsza i to ona zna prawidłową metodę podróżowania. 

Podróż jest tu nie tylko podróżą w sensie literalnym, to opowieść o życiu, drodze jaką musimy pokonać. Mamy tu opisy płodów ludzkich tkwiących w formalinie, których podróż zakończyła się przedwcześnie. Celem podróżnika jest inny podróżnik, chociaż w innym czasie i przestrzeni, to wciąż człowiek i jego osiągnięcia. Niekoniecznie musimy dążyć do celu, życie może być zbiorem przypadkowych okoliczności w których przecinają się losy nasze i innych.  

W którąkolwiek stronę zaczynam analizować książkę Olgi Tokarczuk, za każdym razem wychodzi mi coś zupełnie innego. Aby ułożyć puzzle, trzeba się trochę namęczyć. 

Tokarczuk Olga, Bieguni, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007 

piątek, 03 kwietnia 2009
Ubranie z książek

Zazwyczaj zaczyna sie tak: dostaję wypłatę i zadowolona z ilości posiadanych pieniędzy ruszam na zakupy. To generalnie silniejsze ode mnie, nie potrafie się powstrzymać a perspektywa odświeżenia garderoby wprawia mnie w lekkie poddenerwowanie i ekscytację. Od dłuższego czasu w końcu poluję na jakieś typowo wiosenne elementy garderoby.

Wczorajszy wypad niczym nie różnił sie od tych wcześniejszych, pełna wiary i optymizmu postanowiłam zrobić atak na dwa sklepy. Tylko i aż dwa, ponieważ tak naprawdę to zakupów ubraniowych nie cierpię a mierzenie ubrań sprawia, że mam problemy z oddychaniem. Wątpię by była to niezdiagnozowana astma ujawniająca się w zakurzonych, dusznych pomieszczeniach. Dlatego unikam przymierzalni jak ognia i ograniczam się do kilku sklepów maksymalnie podczas jednego wypadu. I co? I z zakupów ubraniowych wróciłam z ksiażką "Pchli targ" Elif Safak, co więcej nie odczuwam do siebie zalu bądź niechęci, a czystą radość.

 Tak jest prawie co miesiąc, ubrania starzeją się wraz ze mną a regał na książki wypełnia się coraz bardziej. Jak tak dalej pójdzie to niczym Annie Hall będę chodzić w koszulach mego lubego i jednych spodniach. Wątpie bym miała wyglądać równie pięknie.

wtorek, 31 marca 2009
Dom, który mówi

Zszokowana, zła, spłakana i zasmucona leżałam wczoraj w swym łóżku przeczytawszy ostatnią stronę książki "Dom Augusty" Majgul Axellsson. Dużo we mnie było niezgody i buntu wobec postaw trzech pokoleń kobiet, które biernie zgadzały się żyć w klatkach, pułapkach które same na siebie wystawiły. Książka zasmuciła mnie głównie dlatego, że jest prawdziwa. W rzeczywistości są setki, jesli nie tysiące kobiet takich jak Augusta, Alicja czy Andżelika, bitych, poniżanych, udających przed całym światem, a głównie sobą, że jest im dobrze. Przecież bardzo często tak bywa, że największym obrońcą kata jest sama ofiara. I Majgul Axelsson tworzy portret takich kobiet.

To historia trzech pokoleń kobiet i tego w jaki sposób na przeszłość z pozoru odległa wpływa na ich życie. Przekazują sobie tę hardość i siłę a zarazem znieczulenie i nieumiejętność kochania swoich bliskich nie zdając sobie sprawy z tego jak wielki ciężar niosą i jaką krzywdę robią swoim bliskim. 

Augusta to kobieta przybywająca do wioski, w ktorej powstaje fabryka, z dzieckiem na ręku. Z początku traktowana jako wyrzutek społeczeństwa poznaje Izaaka, swego męża, który dla niej zmienia się z pijaka i łachudrę w starającego się i pracowitego ojca rodziny. Augusta zmuszona była zahartować się i uodpornić na wszelkie nieszczęścia jakie ją spotykają, w końcu udaje jej się wbić w grubą skorupę do której nikt nie ma dostępu.

 Alicja, wnuczka Augusty, przedwcześnie zachodzi w ciążę, która przez lata rzuca cień na jej życie, niszczy związek i pozbawia radości życia. Chociaż znajduje schronienie u Augusty uczy się od niej chłodnej obojętności i sama otacza się murem nie do przebicia. 

Andżelika, najmłodsza z kobiet w rodzinie to nastolatka wychowująca się w patologicznej rodzinie, jej matka żyje z domowym terrorystą, który nie tylko bije ją ale i znęca się nad całą rodziną, Andżelika to jego ulubiony temat kpin, drwin i wyszydzania.

Spośród tych trzech bohaterek tylko Andżelika nie godzi sie na takie życie, buntuje się przeciwko zachowaniom przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Nie chce udawać, że problemy nie istnieją, odwracać głowę jeśli na horyzoncie pojawia się jakieś bolesne niepowodzenie. Czy da radę wyrwać się z tej matni? Nie powiem, książkę warto przeczytać po to by zrozumieć, że mogą istnieć takie okolicznosci czy zachowania dla których nie znamy racjonalnego wytłumaczenia.

 "Dom Augusty" pokazuje jak silne potrafią być kobiety, silne a zarazem słabe i zagubione. Wystarczy sięgnąć do opowieści zasłyszanych we własnej rodzinie, aby przekonać się ża takimi Augustami jest wiele kobiet wśród naszych babek, matek. Kobiet, które przeszły wiele, wojny, śmierć swoich bliskich a są niewyobrażalnie mocne. Tylko, że my nie możemy dowiedzieć sie co działo się w środku. I o tym jest ta ksiązka.

Moja ocena: 5+/6 

poniedziałek, 23 marca 2009
"Maria Antonina" Stefan Zweig

 

Płakałam rzewnymi łzami czytając o Marii Antoninie, płakałam nad jej losem, nad tym, ze nie da się cofnąć czasu, naprawić swych błędów, przeżyć swego życia jeszcze raz, pełniej, godniej i lepiej. Płakałam nad tym, że została wkręcona w tryby historii, zaszufladkowana i zamknięta w klatce swej królewskości. "Maria Antonina" to chyba ostatnia, już siódma, książka przeczytana w ramach wyzwania "Podróże w czasie", spokojnie mogę stwierdzić, że podobała mi się bardzo. Warto uczestniczyć w podobnych wyzwaniach choćby po to by móc przeczytać coś tak ciekawego, wzbogacającego i poszerzającego wiedzę jak powieść o Marii Antoninie. 

Stefan Zweig bardzo dokładnie i rzetelnie przedstawia życie Marii Antoniny, nie tylko jej zabawy i beztroskie imprezy w Wersalu ale i tę część życia w ktorej starala się nadrobić zaległości i zrozumieć zadania spoczywające na głowie narodu. Maria Antonina, arcyksiężniczka austriacka, wyszła za Ludwika Augusta Burbona, delfina Francji. Związek ten miał zapewnić spokój w Europie, w której panowały ciągłe wojny i walki. A ona opuściła swój dom bez gruntownego wykształcenia czy też elementarnej wiedzy o swym kraju, nigdy nie garnęła się do nauki ani nie próbowała rozumieć zasad polityki czy ekonomii. Jej mąż, równie niedojrzały i niewykształcony wykazywał jeszcze mniejsze zainteresowanie sprawami kraju, ponad wszystko pragnął jednego, spokoju.

Życie młodej pary kręciło się wokół strojów, dekoracji, polowań i rozrywek. Z obawy przed nudą Maria Antonina uczestniczyła w nocnych balach maskowych, wieczorkach hazardowych, wydawała krocie na to by uciec lub zbuntować się przeciwko protokołom czy etykiecie. Czuła się panią całego świata i nic nie mogło przeszkodzić w hulankach i swawolach organizowanych przez królową. Otaczała ją zgraja pochlebców i lizusów licząca na spore zyski płynące z samej znajomości z królową, które też i stawały się ich udziałem. I chociaż Maria Antonina była nawet mniej rozrzutna niż jej następczyni Jozefina społecznosć Francji okrzyknęła ją mianem Madame Deficit i obwiniła za fatalny stan gospodarki kraju.

Kiedy na swych plecach poczuła oddech Wielkiej Rewolucji Francuskiej było już za późno by nadrobić wszelkie straty wynikające z zamkniętego i dostatniego życia w Wersalu, by zainteresować się życiem zwykłego ludu i wziąć sprawy w swoje ręce, w końcu jej mąż nizdolny był do podejmowania decyzji i unikał brania na siebie odpowiedzialności jak ognia. Początkowa wielka miłość ludu do austriackiej księżniczki zamieniła się z czasem w wielką niechęć i nienawiść. Oskrżeniom nie było końca, począwszy od cudzołóstwa, zdradę stanu aż po molestowanie seksualne swego syna. 

Ta radosna i wesoła kobieta zamieniła się w dumną i spokojną kobietę zamkniętą w Temple, wtedy to zrozumiała wszystko i z pokorą znosiła swój los. A rozdział dotyczący ścięcia głowy Marii Antoniny przyprawił mnie prawie o spazmy. Podobno i lud Francji z czasem zaczął nad swą znienawidzoną królową litować. 

Bardzo ciekawa i dobra książka, czytając którą zapomina się zupełnie, że należy do kategorii nudnych książek historycznych.

Moja ocena: 5/6 

 

15:23, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 marca 2009
Życie w książkach

Staje się tak kapryśna w stosunku do książek, wybieram i przebieram. Jeszcze ostatnio ucieszyłaby mnie każda nowa pozycja w biblioteczce, teraz obrażam się na każdą z nich. Z jednej strony mam ochotę na coś latwego, nie zmuszającego do wielkich refleksji, taka książka, która czyta się sama byłaby ideałem. Z drugiej jednak strony nie mam ochoty na czytanie byle czego, jakichś przypadkowych gniotów. Ostatnio wielką wręcz niechęć czuję w stosunku do kryminałów, mierzi mnie ten gatunek i drażni. Na blogach książkowych pełno Marininy do której zapałałam niechęcią szczególną na wakacjach kilka lat temu. Może niesłusznie, ale co gorsza, nie mam ochoty zmieniać zdania nawet po kilku chwilach wahania i rozterek. Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę z tego, że przeczytawszy coś zupełnie powalającego mnie z nóg nagle stałabym się zakochana w powieściach kryminalnych.

 Nie wiem skąd bierze sie ta niestałość i niekonsekwencja, jedynym wytłumaczeniem jest życie literaturą. Ciekawe czy każdy z was tak ma, takie zapadanie się w czytaną rzecz, że dana postać otacza nas ze wszystkich stron, wplywa na nasze postępowanie i zmusza do innego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Mimowolnie reagujemy w sposób "sugerowany" przez głównego bohatera powieści, patrzymy jego oczami. Jeżeli tak naprawdę jest to moja kapryśność zupełnie mogłaby być wytłumaczona charakterem Marii Antoniny. Ciekawe czy mój luby skłonny jest uwierzyć, że za moje niezdecydowanie i marudność nalezy obwiniać Marię Antoninę. Książki tak głęboko wnikają w moją psychikę, że nawet sny odzwierciedlają wszystkie emocje związane z czytaną lekturą. Na przykład podczas czytania "Kolekcjonera" śniły mi się takie koszmary jakich dawno nie miałam: włamania, pozamykane drzwi, terror i strach. Teraz ta niestałość.

Czy jest to oznaka by chwilowo przestać czytać?

poniedziałek, 16 marca 2009
"Kolekcjoner" przeraża

Dziś rusza proces Josefa Fritzla i recenzja książki "Kolekcjoner" jest jakby najbardziej na miejscu. Można by myśleć, że Fritzl wzorował się na literaturze, do tak szokujacej i nierealnej zbrodni doprowadził. John Fowles wydał "Kolekcjonera" w 1963 roku i to właśnie od tej książki zaczęła się kariera tego pisarza znanego z "Kochanicy Francuza" czy "Maga". Czy rzeczywistość jest równie przerażająca jak fikcja i czy obaj oprawcy poniosą zasłużoną karę? 

"Kolekcjoner" to główny bohater powieści - Ferdynand, kat przetrzymujący piękną studentkę sztuki Mirandę w piwnicy swego domu. Książka składa się w dwóch części, pierwsza przedstawia sytuację z perspektywy oprawcy, na drugą część składa się dziennik Mirandy i jej refleksje związane z uwięzieniem. 

Ferdynand, niepozorny urzędnik wychowywany przez swą ciotkę, kuzyn niepełnosprawnej dziewczynki, opuszczony i zostawiony przez rodziców wiedzie spokojny, wrecz nudny żywot. Jego pasją jest kolekcjonowanie motyli, i tej pasji oddaje się bez reszty. Nie posiada żadnych przyjaciół, nie ma znajomych a bliscy tak naprawdę nie znają jego potrzeb. Kiedy wygrywa na loterii zwalnia się z pracy, może poświęcić się wydawaniu pieniędzy. Wtedy to w jego głowie rodzi się plan uprowadzenia kobiety, która zawsze mu się podobała, w której zdążył się zakochać. Czyni wszelkie przygotowania, kupuje dom z wielką piwnicą, zakłada dodatkowe zamki, zabija deskami niepotrzebne okna, i od samego początku dystansuje się od ludzi zamieszkujących okolicę. Uprowadza Mirandę i umieszcza w tym gniazdu miłości, bo to właśnie z miłości postanawia ją mieć dla siebie. Zdaje sobie sprawę z tego, że ta piękna i inteligentna kobieta nigdy nie zwróciłaby na niego uwagi i dlatego wierzy, że w jakiś sposób będzie mógł ją do siebie przekonać więziąc. Śledzimy tok jego postępowania, wycieczki do miasta by spełniać każdą zachciankę więźniarki, kupić każdą drobnostkę jej potrzebne. Ferdynand pragnie obsypywać Mirandę prezentami, dawać jej wszystko... oprócz wolności. Jego chory umysł racjonalnie kontroluje wszystkie poczynania ukochanej, chciałby umieścić ją w gablotce jak swoje motyle.

Tymczasem ona skupia się na tym by uciekać, stara się zrozumieć mężczyznę wobec którego może czuć tylko nienawiść i litość. Pamiętnik pisze po to by wyładować swą złość i rozpacz, opisuje wszystkie próby ucieczki i rozmowy z Kalibanem, jak nazywa swego oprawcę. Nieprzypadkowo bohaterowie mają imiona należące też do bohaterów "Burzy" Szekspira, Ferdynand to syn prawowitego księcia Mediolanu, zakochany w Mirandzie. Z kolei Kaliban to syn wiedźmy usiłujący zgwałcić Mirandę, potwór i odrażający stwór. Dla Fowlesowskiej Mirandy Ferdynand zawsze pozostaje on Kalibanem, potworem więziacym ją z miłości. Jednak jest to chora miłość, miłość traktująca kobietę jak przedmiot, element kolekcji motyli. Miranda zdaje sobie sprawę dlatego stara się "uczłowieczyć" Ferdynanda, ucząc go wrażliwości na sztukę, starając się otworzyć jego ciasny umysł. Aż do szkoującego zakończenia.

"Kolekcjoner" to przerażające studium psychiki oprawcy i ofiary, tego co dzieje się wewnątrz i jak więzienie zmienia spojrzenie na świat, opis zła. Książka wciąga tak bardzo, że myślałam o niej nawet pracując intensywnie, nie potrafiłam się od niej oderwać. Coś takiego było właśnie mi potrzebne. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania