Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
środa, 29 kwietnia 2009
Szok!
Skończyłam wczoraj "The Secret Scripture", i książka jest cudowna. Wzruszająca, przejmująca i wywołująca tak ogromne wrażenie, że musiałam przestawać czytać by móc znieść dalsze czytanie. To na pewno jedna z najlepszych książek przeczytanych przeze mnie ostatnio i mogę ze spokojnym sercem polecać każdemu. Zanim coś o niej napiszę musi minąć jednak trochę czasu, za dużo we mnie emocji na razie. Boję się, że każda recenzja pozbawi jej uroku. Wciąż jestem oczarowana, szok!
niedziela, 26 kwietnia 2009
"Pchli pałac"

Pałac Cukiereczek to kamienica wybudowana przez rosyjskiego emigranta - generała dla żony, która straciła kontakt z rzeczywistością. Dopiero wspomnienie Stambułu, barwami przypominającego cukierki, przywróciło ją do życia. Nazwany przez żonę Pałac Cukiereczek to miejsce nie byle jakie, wzniesiony na terenie dwóch cmentarzy ormiańskiego i muzułmańskiego jest domem dla wielu dziwadeł i oryginałów. Ta plejada bohaterów o odmiennych charakterach ma wspólny problem, robaki powoli opanowujące kamienicę. Skąd się one biorą i dlaczego upodobały sobie właśnie mieszkania na Żurnalowej? Czy to przez sterty śmieci wyrzucane na podwórze przez mieszkańców okolicy? 

Rozdziały opisują kolejno wszystkich pomyleńców, osobliwe postaci żyjące w Cukiereczku, dalekim od dawnej świetności. Mamy wśród nich studenta obsesyjnie myślącego o śmierci wraz z psem głodomorem, dwóch fryzjerów braci bliźniaków, maniaczkę czystości, kobietę entomologa, która dla mężczyzny porzuciła pracę i karierę zawodową, rozwiedzionego wykładowcę uczelnianego czy babcię szanowaną przez wszystkich mieszkańców kamienicy. Ich losy są dziwne i pokrętne, zachowania, by powiedzieć delikatnie, oryginalne. „Pchli pałac” to obraz obsesji, lęków i obaw targających ludźmi. Nie ma tam jednak zbytniego nadęcia ani ponuractwa. 

Pałac Cukiereczek to obraz Stambułu, połączenia tradycji z nowoczesnością, szyku i smrodu. To miejsce gdzie student zanurza się w narkotykowych wizjach podczas gdy na innym piętrze kobieta spędza cały dzień przygotowując tradycyjny turecki obiad dla swego pracującego męża; chociaż jej wykształcenie sugerowałoby zupełnie inne zajęcie. Tak sobie wyobrażam Stambuł, nie byłam niestety chociaż od dłuższego czasu o takiej podróży marzę. To pewnie takie miejsce, gdzie obok salonu fryzjerskiego wypuszczającego „w świat” kobiety o pięknych paznokciach i wspaniałych włosach znajduje się uliczka zagracona przez odpadki i śmieci. Jeżeli taki obraz chciała pokazać autorka zadanie wykonała. 

Co mnie wkurzało najbardziej to te stwierdzenia, że Elif Safak to druga po Pamuku autorka turecka, pal sześć czy tak jest czy nie, ale żeby używać takiej samej czcionki jak w „Nazywam się czerwień”? Czy wydawnictwa muszą brać wszystko na poważnie? Nie wiem tylko dlaczego nie przetłumaczono jej wcześniejszych książek, nie rozumiem tej zasady wybierania tego, co warto nam przetłumaczyć a czego nie.”Pchli pałac” chciano chyba szybko wydać, bo w tekście znalazłam dwie literówki, czego nie spodziewałabym się po Wydawnictwie Literackim. No, ale zawsze to tylko dwie. Co do Safak, nie brakuje jej doskonałego zmysłu obserwacji, potrafi uchwycić szczegóły i detale, to wszystko okraszone jest sporą dawką ironii i poczuciem humoru. Czyta się znakomicie. A oto maleńka próbka:

„Pijany nie powinien siadać za kierownica. Każdy się z tym zgodzi. Ale nie ma żadnej regulacji prawnej dotyczącej korzystania przez pijanych z telefonu, choć to może mieć jeszcze bardziej niebezpieczne dla życia skutki. Pijany, prowadząc samochód, uderza na chybił trafił w jakieś przeszkody: a to w jakieś nieszczęsne drzewo, które nagle stanie mu na drodze, a to w jadące przed nim auto… Takie wypadki nie są zamierzone i nie służą żadnemu celowi. Ale ci co po pijanemu korzystają z telefonu, doprowadzają do zderzenia wyłącznie z kimś kogo kochają.”

Safak Elif, Pchli pałac, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009 

 

środa, 22 kwietnia 2009
"Samotność" Isherwood

„Samotność” Christophera Isherwooda zapowiadała się niezwykle ciekawie, nie tylko z racji swej tematyki. Zasięgnęłam informacji na temat Isherwooda i wydał mi się on wręcz postacią niesamowitą. Kumpel Virginii Woolf, otwarcie przyznawał się do swego homoseksualizmu.

I o homoseksualnym związku, a raczej jego zakończeniu opowiada „Samotność”. Jest to studium rozpaczy po stracie ukochanego, straty z którą ciężko się pogodzić i z którą ciężko żyć. Główny bohater, George, jest starzejącym się gejem, wykładowcą na uniwersytecie, spokojnym osobnikiem żyjącym w Los Angeles. Cały ten spokój zostaje zburzony w dniu śmierci jego ukochanego Jima. 

Wszystko, najdrobniejsze nawet czynności przypominają mu o miłości jego życia. Kontynuuje pracę, dba o siebie, ale robi to wszystko jakby siłą rozpędu. Mechanicznie wykonuje czynności składające się na życie, wypełnia dzień szeregiem obowiązków, zadań a jednocześnie w nich nie uczestniczy. To tylko sposób na wypełnienie pustki, tej wyrwy w jego życiu. I chociaż otaczają go różne osoby, z którymi rozmawia, spotyka się to doskwiera mu przeraźliwa samotność. Nikt nie rozumie jego uczuć, nikt nie cierpi równie mocno jak on, bo tylko on kochał Jima tak mocno. 

Pomimo tego, że książkę czyta się szybko i dość dobrze, George nie jest bohaterem, któremu współczujemy. To raczej nadęty, stary bufon, który szybko stara się wypełnić lukę ciałem swego młodego studenta. Wydaje mi się jednak, ba, a nawet wiem, że po stracie tak wielkiej właśnie tak zachowuje się człowiek. Niby brnie do przodu, stara się powrócić do swego poprzedniego trybu życia, ale tak naprawdę jego umysł znajduje się gdzieś bardzo daleko , obserwuje z boku bieg wydarzeń i mocno dziwi się , że ”jednak można żyć bez powietrza”.

niedziela, 19 kwietnia 2009
Notatki na marginesie

Zaczęłam czytać "Pchli pałac" i podzielę się tylko informacją, że wsiąka się w tę książę na dobre, dlatego warto sobie uwzględnić w planach kilka dni totalnego lenistwa, tak by nic nie musiało zakłócać czytania.

Podczytuję też Harrego Pottera, dla snów. Chciałam coś zupełnie lekkiego i absorbującego na święta i okazało się, że chociaż całą serię czytałam kilka lat temu, nic nie pamiętam. Tak więc przeczytałam dwie części i za każdym razem kiedy czytam przed snem śnią mi się tak niesamowite rzeczy, że aż sama siebie w osłupienie wprawiam. A to, że jestem czarownicą (co jest w sumie całkiem możliwe) i staram się ratować normalnych ludzi z opresji tu i ówdzie rzucając zaklęcia. Albo to, że fruwam w obłokach sprawdzając, czy wszystko w porządku tam na dole. Będę kontynuować z Harrym, bo umiejętność sterowania snami wydaje mi się wspaniała i użyteczna. Być może kiedyś wmuszę w kogoś w depresji ciekawą lekturę i jego życie zmieni się przez noc? Warto próbować.

Przeczytałam też "Samotność" Isherwooda, recenzja wkrótce, jednak zupełnie nietrafiona książka w mój nastrój, ani oczekiwania. A teraz pomykam do Pałacu Cukiereczek!

wtorek, 14 kwietnia 2009
"Polowaneczko" Tomasz Matkowski

Ciekawe jest to, że na książkę „Polowaneczko” Tomasza Matkowskiego nadeszła pora tuż po przeczytaniu „Biegunów” gdzie znajduje się historia kobiety krążącej po świecie w poszukiwaniu dowodów na okrucieństwo człowieka wobec zwierząt. Tomasz Matkowski skupił się na jednym z nich – myślistwie. 

Na dźwięk słowa myśliwy większość z nas wyobraża sobie dziarskiego mężczyznę w średnim wieku, dumnie kroczącego z dubeltówką (bądź jakimś innym ustrojstwem) na ramieniu . Poznałam kilku myśliwych i każdy z nich to poczciwy pan oddany rodzinie, przyjacielski i dający się lubić. Mężczyzna, który ma zainteresowanie i hobby – od czasu do czasu potrzebuje się zaszyć w leśnej głuszy. Jednak większość z nas nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w środku. „Polowaneczko” jest próbą podglądnięcia zwyczajów myśliwych.  

Jest to bardzo krótka książeczka na którą składa się nieopublikowany artykuł napisany do GW, wywiad Mariusz Szczygła z tłumaczem uczestniczącym w polowaniach, komentarz autora do dyskusji na temat polowań na forum gazety oraz list od rzecznika prasowego Krajowego Związku Łowiectwa. Ot, rzecz do przeczytania w jedno popołudnie.

Zaczyna się od statystyki i precyzyjnego zestawienia danych dotyczących ilości odstrzelonej każdego roku zwierzyny, najwięcej zabijanych jest saren, co pewnie nie dziwi nikogo, w końcu ładne są. Na szczęście nie każdy piękno utrwala w ugotowanej i wypatroszonej formie. Tomasz Matkowski podaje szereg technik zabijania stosowanych przez myśliwych, cytuje profesjonalne książki doradzające jak po kolorze farby (krwi) poznać w co ustrzelona została zwierzyna i jak długo będzie żyć zanim wykrwawi się całkowicie. Opisuje rzeczowo , nie pomijając żadnego okrucieństwa, poddaje nas terapii szokowej i podaje przykłady. Jak ten, w którym myśliwemu nie udało się zabić kaczki, ale zdążył odstrzelić jej obydwie nogi. Myśliwi na pytanie „to jak ona wyląduje?” wybuchają śmiechem.

Matkowski stara się nas otrząsnąć i obalić przekonania, według których polowanie posiada pewien etos, myśliwi kierują się etyką, a zabijanie jest podszyte zacną ideologią. Zauważa, że czas polowań powinien się skończyć tak samo jak zakończył się czas społecznego przyzwolenia na znęcanie się nad zwierzętami domowymi. Bo przecież nasze zwierzę domowe, kot czy pies niewiele różni się od hasającej po łąkach sarny, albo muflona. A to, że zwierze potrafi bardzo dużo zrozumieć wiedzą wszyscy posiadacze domowych pupili. 

Jednak w swej demagogii Tomasz Matkowski poszedł o jeden krok za daleko: zaangażował się w sprawę tak głęboko, że zatracił wiarygodność. Postanowił obalić każdy argument zwolenników myślistwa, wytknąć im każdy błąd i przedstawić dokładną analizę ich omyłek. Myśliwych nazywa psychopatami a podkreśla empatię i wrażliwość przeciwników polowań. Zdecydowanie stoi po jednej stronie, angażuje się i nie jest w stanie ostudzić swych emocji. Reaguje na każdy z negatywnych komentarzy otrzymanych na forum gazety z taką zapalczywością, że aż odniosłam wrażenie, że musiał mieć w trakcie pisania zaciśnięte pięści (o ile byłoby to tylko możliwe). 

Z książki zapamiętam ten oto fragment:
 „Ze wszystkich horrorów, z morza krwi i wnętrzności, najbardziej zapadły mi w pamięć spojrzenia konających. Oczy sarny, żywe nawet po śmierci. Oko kuropatwy. Kto raz widział Z BLISKA przerażone, zdziwione, a zarazem ufne spojrzenie konającej, skulonej z bólu i strachu kuropatwy, ten nie zapomni tego do końca życia.”

A to dlatego, że i ja raz widziałam podobne spojrzenie u swej suczki, niezwykle nachalnego stwora domagającego się ustawicznych pieszczot. Któregoś razu odepchnęłam ją nogą, niby lekko i niewinnie, ale ona się jakoś niefortunnie potknęła i straciła równowagę. I choć nie przewróciła się ani nic jej się nie stało zdążyła na mnie popatrzeć tym wzrokiem, w którym widać było ogromne zdziwienie, zdezorientowanie, ufność i strach zarazem. Ryczałam potem jak głupia, próbowałam „odkupić” swe winy spacerami, smakołykami, i chociaż minęło już dobre kilkanaście lat to spojrzenie pamiętam do dziś. Naprawdę boję się nawet wyobrażać sobie jak wyglądają oczy zabijanych zwierząt.  

czwartek, 09 kwietnia 2009
"Bieguni" Olgi Tokarczuk

 

 Odnoszę wrażenie, że ta książka mogłaby być przeczytana nie raz, nie dwa a za każdym razem znalazłabym kolejną, ciekawszą treść. Chciałabym opowiedzieć kilka historii, historyjek z książki, ale nie wiem które powinny być opowiedziane, które tylko wspomniane, a które wręcz należy zupełnie pominąć. 

„Bieguni” to puzzle, których obraz staje się coraz bardziej jasny w miarę czytania kolejnych rozdziałów i rozdzialików. Książka jest niespójna, króciutkie opowiastki przeplatają się z historiami mówiącymi o losach całego życia danej osoby. Większość z nich samoistnie tworzyłoby doskonały materiał na książkę, ale tu sprawia wrażenie przypadkowego zlepku tekstów wklejonych w jeden tom. Czy wystrychnęła nas na dudka czy może jednak to świadomy zabieg? Skłaniam się ku temu drugiemu. Jak pisze sama Olga Tokarczuk:

„Mogłabym używać cytatów i przypisów, mogłabym w porządku punktów czy rozdziałów zawrzeć konsekwencje dowodzenia krok po kroku, o co mi chodzi; weryfikowałabym wcześniej postawioną hipotezę i w końcu mogłabym wywiesić argumenty, jak prześcieradła po nocy poślubnej, na ludzki widok.” (str. 239)

Jednak Tokarczuk obrała wersję fragmentaryczną, chaotyczną, niczego za czytelnika nie robi, nie układa w żadnym porządku, a nas obarcza odpowiedzialnością za odkrycie klucza do książki. 

Jedynym co łączy te opowiastki jest motyw podróży, przemieszczania się i unikania postoju, z którego według Biegunów może zrodzić się tylko zło. Zatrzymasz się, zagapisz, a pochłoną cię ognie piekielne. To chyba mogłoby być motto współczesnego trybu życia, pędu do kariery i pragnienia ustawicznych zmian. Jednak taki tryb życia jest w książce skrytykowany przez jedną z Biegunów. Bezdomna kobieta-dziwadło żyjąca na stacji metra, która krąży w kółko mówiąc do siebie mówi:

Chodzi im o zbudowanie zastygłego porządku, o uczynienie upływu czasu pozornym. O to, żeby dni stały się powtarzalne i nie do odróżnienia, o zbudowanie wielkiej machiny, w której każde stworzenie będzie musiało zając swoje miejsce i wykonywać pozorne ruchy. Instytucje i biura, pieczątki, okólniki, hierarchia i szarże, stopnie, podania i odmowy, paszporty, numery, karty, wyniki wyborów, promocje i zbieranie punktów, kolekcjonowanie, wymienianie jednych rzeczy na drugie.

Przyszpilić świat za pomocą kodów kreskowych, każdej rzeczy dać etykietę, niech będzie wiadomo, co to za towar i ile kosztuje. Niech ten obcy język będzie nieczytelny dla ludzi, niech go czytają maszyny i automaty, niech nocami w wielkich podziemnych sklepach robią sobie odczyty wielkiej kreskowe poezji. 
Ruszaj się, ruszaj. Błogosławiony, który idzie.” (str.293)

To jak jest? Mamy pędzić ale nie tam gdzie nam nakazują? Ale czy kręcenie się w miejscu by uniknąć zła w postaci zaszufladkowania, skategoryzowania jest lepsze? Nie wiem, nie rozumiem, ot co. 

Jedną z piękniejszych opowieści jest ta o starym wilku morskim Eryku, który jako dowódca promu kursującego na stałej linii postanowił jednego dnia zboczyć z trasy i wypłynąć w pełne morze w kierunku horyzontu. I choć za taki wybryk trafił do więzienia to posłuchał swego wewnętrznego głosu wzywającego go do podróży.  

Najbardziej przypadła mi do gustu historia pewnej poetki, która dorabiała sobie jeżdżąc jako pilotka po świecie . Zdarzały się jej czasami chwile przestoju, czy to w korku czy w kolejce do jakiegoś muzeum podczas których raczyła swych wycieczkowiczów opowieściami. Jeżeli brakowało jej wiedzy, wymyślała swoje własne wersje wydarzeń lub snuła zupełnie abstrakcyjne i nierealne opowieści. 

Tokarczuk ma niezwykły dar zauważania rzeczy zwykłych z pozoru błahych, które potrafi opisać z chirurgiczną wręcz precyzją. Choć niektóre fragmenty są jakby nie w pełni ukształtowane. Śmieszył mnie opis zwykłego turysty, który z wakacji na Węgrzech przywozi pastę Ajvar i poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Takiego turysty, który podróżuje po to by tak naprawdę docenić dom i najbardziej cieszy się właśnie z powrotu, nie podróży. Tokarczuk stara się namudowodnić, że jest podróżniczką „pełną gębą”, jest lepsza i to ona zna prawidłową metodę podróżowania. 

Podróż jest tu nie tylko podróżą w sensie literalnym, to opowieść o życiu, drodze jaką musimy pokonać. Mamy tu opisy płodów ludzkich tkwiących w formalinie, których podróż zakończyła się przedwcześnie. Celem podróżnika jest inny podróżnik, chociaż w innym czasie i przestrzeni, to wciąż człowiek i jego osiągnięcia. Niekoniecznie musimy dążyć do celu, życie może być zbiorem przypadkowych okoliczności w których przecinają się losy nasze i innych.  

W którąkolwiek stronę zaczynam analizować książkę Olgi Tokarczuk, za każdym razem wychodzi mi coś zupełnie innego. Aby ułożyć puzzle, trzeba się trochę namęczyć. 

Tokarczuk Olga, Bieguni, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007 

piątek, 03 kwietnia 2009
Ubranie z książek

Zazwyczaj zaczyna sie tak: dostaję wypłatę i zadowolona z ilości posiadanych pieniędzy ruszam na zakupy. To generalnie silniejsze ode mnie, nie potrafie się powstrzymać a perspektywa odświeżenia garderoby wprawia mnie w lekkie poddenerwowanie i ekscytację. Od dłuższego czasu w końcu poluję na jakieś typowo wiosenne elementy garderoby.

Wczorajszy wypad niczym nie różnił sie od tych wcześniejszych, pełna wiary i optymizmu postanowiłam zrobić atak na dwa sklepy. Tylko i aż dwa, ponieważ tak naprawdę to zakupów ubraniowych nie cierpię a mierzenie ubrań sprawia, że mam problemy z oddychaniem. Wątpię by była to niezdiagnozowana astma ujawniająca się w zakurzonych, dusznych pomieszczeniach. Dlatego unikam przymierzalni jak ognia i ograniczam się do kilku sklepów maksymalnie podczas jednego wypadu. I co? I z zakupów ubraniowych wróciłam z ksiażką "Pchli targ" Elif Safak, co więcej nie odczuwam do siebie zalu bądź niechęci, a czystą radość.

 Tak jest prawie co miesiąc, ubrania starzeją się wraz ze mną a regał na książki wypełnia się coraz bardziej. Jak tak dalej pójdzie to niczym Annie Hall będę chodzić w koszulach mego lubego i jednych spodniach. Wątpie bym miała wyglądać równie pięknie.

Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania