Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
wtorek, 31 marca 2009
Dom, który mówi

Zszokowana, zła, spłakana i zasmucona leżałam wczoraj w swym łóżku przeczytawszy ostatnią stronę książki "Dom Augusty" Majgul Axellsson. Dużo we mnie było niezgody i buntu wobec postaw trzech pokoleń kobiet, które biernie zgadzały się żyć w klatkach, pułapkach które same na siebie wystawiły. Książka zasmuciła mnie głównie dlatego, że jest prawdziwa. W rzeczywistości są setki, jesli nie tysiące kobiet takich jak Augusta, Alicja czy Andżelika, bitych, poniżanych, udających przed całym światem, a głównie sobą, że jest im dobrze. Przecież bardzo często tak bywa, że największym obrońcą kata jest sama ofiara. I Majgul Axelsson tworzy portret takich kobiet.

To historia trzech pokoleń kobiet i tego w jaki sposób na przeszłość z pozoru odległa wpływa na ich życie. Przekazują sobie tę hardość i siłę a zarazem znieczulenie i nieumiejętność kochania swoich bliskich nie zdając sobie sprawy z tego jak wielki ciężar niosą i jaką krzywdę robią swoim bliskim. 

Augusta to kobieta przybywająca do wioski, w ktorej powstaje fabryka, z dzieckiem na ręku. Z początku traktowana jako wyrzutek społeczeństwa poznaje Izaaka, swego męża, który dla niej zmienia się z pijaka i łachudrę w starającego się i pracowitego ojca rodziny. Augusta zmuszona była zahartować się i uodpornić na wszelkie nieszczęścia jakie ją spotykają, w końcu udaje jej się wbić w grubą skorupę do której nikt nie ma dostępu.

 Alicja, wnuczka Augusty, przedwcześnie zachodzi w ciążę, która przez lata rzuca cień na jej życie, niszczy związek i pozbawia radości życia. Chociaż znajduje schronienie u Augusty uczy się od niej chłodnej obojętności i sama otacza się murem nie do przebicia. 

Andżelika, najmłodsza z kobiet w rodzinie to nastolatka wychowująca się w patologicznej rodzinie, jej matka żyje z domowym terrorystą, który nie tylko bije ją ale i znęca się nad całą rodziną, Andżelika to jego ulubiony temat kpin, drwin i wyszydzania.

Spośród tych trzech bohaterek tylko Andżelika nie godzi sie na takie życie, buntuje się przeciwko zachowaniom przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Nie chce udawać, że problemy nie istnieją, odwracać głowę jeśli na horyzoncie pojawia się jakieś bolesne niepowodzenie. Czy da radę wyrwać się z tej matni? Nie powiem, książkę warto przeczytać po to by zrozumieć, że mogą istnieć takie okolicznosci czy zachowania dla których nie znamy racjonalnego wytłumaczenia.

 "Dom Augusty" pokazuje jak silne potrafią być kobiety, silne a zarazem słabe i zagubione. Wystarczy sięgnąć do opowieści zasłyszanych we własnej rodzinie, aby przekonać się ża takimi Augustami jest wiele kobiet wśród naszych babek, matek. Kobiet, które przeszły wiele, wojny, śmierć swoich bliskich a są niewyobrażalnie mocne. Tylko, że my nie możemy dowiedzieć sie co działo się w środku. I o tym jest ta ksiązka.

Moja ocena: 5+/6 

poniedziałek, 23 marca 2009
"Maria Antonina" Stefan Zweig

 

Płakałam rzewnymi łzami czytając o Marii Antoninie, płakałam nad jej losem, nad tym, ze nie da się cofnąć czasu, naprawić swych błędów, przeżyć swego życia jeszcze raz, pełniej, godniej i lepiej. Płakałam nad tym, że została wkręcona w tryby historii, zaszufladkowana i zamknięta w klatce swej królewskości. "Maria Antonina" to chyba ostatnia, już siódma, książka przeczytana w ramach wyzwania "Podróże w czasie", spokojnie mogę stwierdzić, że podobała mi się bardzo. Warto uczestniczyć w podobnych wyzwaniach choćby po to by móc przeczytać coś tak ciekawego, wzbogacającego i poszerzającego wiedzę jak powieść o Marii Antoninie. 

Stefan Zweig bardzo dokładnie i rzetelnie przedstawia życie Marii Antoniny, nie tylko jej zabawy i beztroskie imprezy w Wersalu ale i tę część życia w ktorej starala się nadrobić zaległości i zrozumieć zadania spoczywające na głowie narodu. Maria Antonina, arcyksiężniczka austriacka, wyszła za Ludwika Augusta Burbona, delfina Francji. Związek ten miał zapewnić spokój w Europie, w której panowały ciągłe wojny i walki. A ona opuściła swój dom bez gruntownego wykształcenia czy też elementarnej wiedzy o swym kraju, nigdy nie garnęła się do nauki ani nie próbowała rozumieć zasad polityki czy ekonomii. Jej mąż, równie niedojrzały i niewykształcony wykazywał jeszcze mniejsze zainteresowanie sprawami kraju, ponad wszystko pragnął jednego, spokoju.

Życie młodej pary kręciło się wokół strojów, dekoracji, polowań i rozrywek. Z obawy przed nudą Maria Antonina uczestniczyła w nocnych balach maskowych, wieczorkach hazardowych, wydawała krocie na to by uciec lub zbuntować się przeciwko protokołom czy etykiecie. Czuła się panią całego świata i nic nie mogło przeszkodzić w hulankach i swawolach organizowanych przez królową. Otaczała ją zgraja pochlebców i lizusów licząca na spore zyski płynące z samej znajomości z królową, które też i stawały się ich udziałem. I chociaż Maria Antonina była nawet mniej rozrzutna niż jej następczyni Jozefina społecznosć Francji okrzyknęła ją mianem Madame Deficit i obwiniła za fatalny stan gospodarki kraju.

Kiedy na swych plecach poczuła oddech Wielkiej Rewolucji Francuskiej było już za późno by nadrobić wszelkie straty wynikające z zamkniętego i dostatniego życia w Wersalu, by zainteresować się życiem zwykłego ludu i wziąć sprawy w swoje ręce, w końcu jej mąż nizdolny był do podejmowania decyzji i unikał brania na siebie odpowiedzialności jak ognia. Początkowa wielka miłość ludu do austriackiej księżniczki zamieniła się z czasem w wielką niechęć i nienawiść. Oskrżeniom nie było końca, począwszy od cudzołóstwa, zdradę stanu aż po molestowanie seksualne swego syna. 

Ta radosna i wesoła kobieta zamieniła się w dumną i spokojną kobietę zamkniętą w Temple, wtedy to zrozumiała wszystko i z pokorą znosiła swój los. A rozdział dotyczący ścięcia głowy Marii Antoniny przyprawił mnie prawie o spazmy. Podobno i lud Francji z czasem zaczął nad swą znienawidzoną królową litować. 

Bardzo ciekawa i dobra książka, czytając którą zapomina się zupełnie, że należy do kategorii nudnych książek historycznych.

Moja ocena: 5/6 

 

15:23, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 marca 2009
Życie w książkach

Staje się tak kapryśna w stosunku do książek, wybieram i przebieram. Jeszcze ostatnio ucieszyłaby mnie każda nowa pozycja w biblioteczce, teraz obrażam się na każdą z nich. Z jednej strony mam ochotę na coś latwego, nie zmuszającego do wielkich refleksji, taka książka, która czyta się sama byłaby ideałem. Z drugiej jednak strony nie mam ochoty na czytanie byle czego, jakichś przypadkowych gniotów. Ostatnio wielką wręcz niechęć czuję w stosunku do kryminałów, mierzi mnie ten gatunek i drażni. Na blogach książkowych pełno Marininy do której zapałałam niechęcią szczególną na wakacjach kilka lat temu. Może niesłusznie, ale co gorsza, nie mam ochoty zmieniać zdania nawet po kilku chwilach wahania i rozterek. Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę z tego, że przeczytawszy coś zupełnie powalającego mnie z nóg nagle stałabym się zakochana w powieściach kryminalnych.

 Nie wiem skąd bierze sie ta niestałość i niekonsekwencja, jedynym wytłumaczeniem jest życie literaturą. Ciekawe czy każdy z was tak ma, takie zapadanie się w czytaną rzecz, że dana postać otacza nas ze wszystkich stron, wplywa na nasze postępowanie i zmusza do innego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Mimowolnie reagujemy w sposób "sugerowany" przez głównego bohatera powieści, patrzymy jego oczami. Jeżeli tak naprawdę jest to moja kapryśność zupełnie mogłaby być wytłumaczona charakterem Marii Antoniny. Ciekawe czy mój luby skłonny jest uwierzyć, że za moje niezdecydowanie i marudność nalezy obwiniać Marię Antoninę. Książki tak głęboko wnikają w moją psychikę, że nawet sny odzwierciedlają wszystkie emocje związane z czytaną lekturą. Na przykład podczas czytania "Kolekcjonera" śniły mi się takie koszmary jakich dawno nie miałam: włamania, pozamykane drzwi, terror i strach. Teraz ta niestałość.

Czy jest to oznaka by chwilowo przestać czytać?

poniedziałek, 16 marca 2009
"Kolekcjoner" przeraża

Dziś rusza proces Josefa Fritzla i recenzja książki "Kolekcjoner" jest jakby najbardziej na miejscu. Można by myśleć, że Fritzl wzorował się na literaturze, do tak szokujacej i nierealnej zbrodni doprowadził. John Fowles wydał "Kolekcjonera" w 1963 roku i to właśnie od tej książki zaczęła się kariera tego pisarza znanego z "Kochanicy Francuza" czy "Maga". Czy rzeczywistość jest równie przerażająca jak fikcja i czy obaj oprawcy poniosą zasłużoną karę? 

"Kolekcjoner" to główny bohater powieści - Ferdynand, kat przetrzymujący piękną studentkę sztuki Mirandę w piwnicy swego domu. Książka składa się w dwóch części, pierwsza przedstawia sytuację z perspektywy oprawcy, na drugą część składa się dziennik Mirandy i jej refleksje związane z uwięzieniem. 

Ferdynand, niepozorny urzędnik wychowywany przez swą ciotkę, kuzyn niepełnosprawnej dziewczynki, opuszczony i zostawiony przez rodziców wiedzie spokojny, wrecz nudny żywot. Jego pasją jest kolekcjonowanie motyli, i tej pasji oddaje się bez reszty. Nie posiada żadnych przyjaciół, nie ma znajomych a bliscy tak naprawdę nie znają jego potrzeb. Kiedy wygrywa na loterii zwalnia się z pracy, może poświęcić się wydawaniu pieniędzy. Wtedy to w jego głowie rodzi się plan uprowadzenia kobiety, która zawsze mu się podobała, w której zdążył się zakochać. Czyni wszelkie przygotowania, kupuje dom z wielką piwnicą, zakłada dodatkowe zamki, zabija deskami niepotrzebne okna, i od samego początku dystansuje się od ludzi zamieszkujących okolicę. Uprowadza Mirandę i umieszcza w tym gniazdu miłości, bo to właśnie z miłości postanawia ją mieć dla siebie. Zdaje sobie sprawę z tego, że ta piękna i inteligentna kobieta nigdy nie zwróciłaby na niego uwagi i dlatego wierzy, że w jakiś sposób będzie mógł ją do siebie przekonać więziąc. Śledzimy tok jego postępowania, wycieczki do miasta by spełniać każdą zachciankę więźniarki, kupić każdą drobnostkę jej potrzebne. Ferdynand pragnie obsypywać Mirandę prezentami, dawać jej wszystko... oprócz wolności. Jego chory umysł racjonalnie kontroluje wszystkie poczynania ukochanej, chciałby umieścić ją w gablotce jak swoje motyle.

Tymczasem ona skupia się na tym by uciekać, stara się zrozumieć mężczyznę wobec którego może czuć tylko nienawiść i litość. Pamiętnik pisze po to by wyładować swą złość i rozpacz, opisuje wszystkie próby ucieczki i rozmowy z Kalibanem, jak nazywa swego oprawcę. Nieprzypadkowo bohaterowie mają imiona należące też do bohaterów "Burzy" Szekspira, Ferdynand to syn prawowitego księcia Mediolanu, zakochany w Mirandzie. Z kolei Kaliban to syn wiedźmy usiłujący zgwałcić Mirandę, potwór i odrażający stwór. Dla Fowlesowskiej Mirandy Ferdynand zawsze pozostaje on Kalibanem, potworem więziacym ją z miłości. Jednak jest to chora miłość, miłość traktująca kobietę jak przedmiot, element kolekcji motyli. Miranda zdaje sobie sprawę dlatego stara się "uczłowieczyć" Ferdynanda, ucząc go wrażliwości na sztukę, starając się otworzyć jego ciasny umysł. Aż do szkoującego zakończenia.

"Kolekcjoner" to przerażające studium psychiki oprawcy i ofiary, tego co dzieje się wewnątrz i jak więzienie zmienia spojrzenie na świat, opis zła. Książka wciąga tak bardzo, że myślałam o niej nawet pracując intensywnie, nie potrafiłam się od niej oderwać. Coś takiego było właśnie mi potrzebne. 

piątek, 13 marca 2009
"Wiosna kamieni"

 

 

Dziś podobno zima atakuje Polskę, za to za moim oknem słońce świeci dziarsko. Powietrze coraz cieplejsze, aż chce się spacerować, zmienić ubrania na lżejsze i raz na zawsze zapomnieć o zimie. Mam ochotę nawet sięgnąć po wiosenną lekturę pełną kwiatów, opisów przyrody, taką z której kart wyczuwa się palące słońce. 


Tymczasem "Wiosna kamieni" Pierra z wiosną niewiele miała wspólnego, to obraz panurego i smutnego średniowiecza owładniętego epidemią trądu. Brud, brak higieny i sztywnego kręgosłupa moralnego towarzyszy w książce tworzeniu niezwykłego dzieła jakim jest katedra Notre Dame. Jest w tej książce coś z "Pachnidła" Patricka Suskinda, w ktorej to tłum zebrany na placu oddaje się nadzikszej orgii zapominając o swej rzekomej prawości. Podobnie z budowniczymi katedry, bliskość swiątyni nie sprawia, że ich życie staje się prawe i czyste jak łza. To grupa porywczych mężczyzn pracujących ciężko by mieć za co wykarmić rodziny, najemników tworzących odseparowane wspólnoty, nie są ani tolerowani ani szanowani przez ludzi. Z jednej strony niczemu nie winna tłuszcza, z drugiej strony czułam do nich odrazę. 


"Wiosna kamieni" to historia tworzenia katedry w pocie, bólu, strachu i łzach. To opowieść o mistrzu Janie i jego uczniu (imiona już zdążyłam pozapominać), oraz o ich prywatnym życiu, miłościach, tęsknotach i wątpliwościach. Mężczyźni zadają sobie pytanie dotyczące roli twórcy, Jan uważa siebie za posłańca, narzędzie w rękach Boga, ktorego zadaniem jest spełnić swój obowiązek. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie mu dane zobaczyć swego dzieła i pokornie się z tym godzi. Z kolei jego uczeń pragnie cieszyć się życiem i w przeciwieństwie do swego mistrza uważa, że to on jest panem swego losu. Katedra jednak pozostaje w centrum jego świata i dla niej jest w stanie zapomnieć o ukochanej, Żydówce. Czy na zawsze? W książce pojawia się wielka milość i wiele błahych, typowo cielesnych miłostek.  


 Z kart lektury wieje grozą, ciemne społeczeństwo daje się sobą łatwo sterować, ale i łatwo ulega podszeptom i buntom. Średniowiecze odciska swe piętno również na zdrowiu bohaterów, zarażenie trądem jest wyrokiem śmierci i poprzedzającej "odsiadki" - samotności i opuszczenia w odosobnionym ośrodku dla trędowatych. Generalnie cieszę się, że skończyłam przygodę z "Wiosną kamieni" i obiecuję sobie, że nie sięgnę po lekturę o średniowieczu przez długi czas.

15:00, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 09 marca 2009
Stare śmieci

 

W końcu można odsapnąć, usiąść w kącie z filiżanką herbaty, włączyć lampkę, zgarnąć książkę pod pachę i zacząć czytać. Tylko jeszcze czuję pulsowanie mięśni nóg od czasu do czasu i zapach farby dolatuje z pokoju obok, ale gniazdko czytelnicze umieściłam sobie arcywygodne. Książki dalej w dużej dezorganizacji, jedynie anglojęzyczne poukładałam razem, Nobliści też bytują obok siebie. Zakładam, że przyjdzie taki moment kiedy natchnie mnie na układanie i rozmieszczanie w odpowiedniej kolejności, patrząc na moje wcześniejsze przekładanie książek i układanie ich według klucza co kilka miesięcy pozwala myśleć, że wkrótce nadejdzie na to pora. Ale to dopiero wkrótce. Teraz pora odsapnąć, westchnąć, przyzwyczaić się do nowych kątów, wyczaić najlepsze zakątki. 

Książkę Ann Patchett czytałam jeszcze w ubiegłym miesiącu, pamiętam, że pasjami w wannie nie dbając o to czy wpadnie do wody czy nie. Uwielbiam czytać w wannie pełnej piany, jest zdecydowanie mniejsza szansa na to, że zasnę nad książką. Za to łóżko jest gwarantem snu w 3 minuty od położenia głowy na poduszkę. Ten typ po prostu tak ma.

"Belcanto" to historia zakładników przetrzymywanych w rezydencji wiceprezydenta pewnego iberoamerykańskiego kraju gdzie odbywa się urodzinowe przyjęcie japońskiego biznesmena. Aby mu się przypodobać i zyskać zagranicznego inwestora organizatorzy zapraszają doskonałą śpiewaczkę operową, która to ma uświetnić przyjęcie swym śpiewem. W pewnym momencie rezydencję atakują terroryści którzy chcą wziąć prezydenta jako zakładnika. Jednak prezydent na przyjęcie nie przybywa, w telewizji emitowany jest odcinek jego ulubionego serialu. Wtedy to "z braku laku" terroryści postanawiają zatrzymać grono wpływowych mężczyzn i śpiewaczkę.

Powieść opisuje kolejne wydarzenia i życie jakie układają sobie zakładnicy w zamknięciu. To co miało być największym koszmarem przynosi im szczęście jakiego w życiu nie doznali. Czytając "Belcanto" myślałam o szczęściu, jak łatwo jest zapomnieć o wszystkich nieprzyjemnych okolicznościach w momencie, w ktorym jesteśmy szczęśliwi. Człowiek potrafi zachłysnąć się swym szczęściem, zapomnieć o całym świecie wierząc, że taka chwila będzie trwać wiecznie. I chociaż oczywistym jest, że nic nie jest dane nam na zawsze, w momentach uniesienia nikt o tym nie pamięta i tkwi w błogostanie. Każde nieprzyjemne wydarzenie staje się w takich okolicznościach zaskoczeniem, ba nawet szokiem. 

Czy książka podobała mi się? Tak, zdecydowanie, nie dość, że dobrze się ją czyta to jeszcze zmusza człowieka rozważenia paru spraw. Nie płakałam co prawda:), ale zostałam pod dużym wrażeniem prozy Ann Patchett. 

środa, 04 marca 2009
Klucz do książek

 

Długo mnie nie było, jednak efektem mej nieobecności jest całkiem nowe mieszkanie i w końcu sfinalizowana przeprowadzka. Jako, że cały ostatni tydzień zajmowałam się układaniem i segregowaniem swych rzeczy, w tym książek, bardzo mnie zastanawia jak wy sobie z tym radzicie, w jaki sposób układacie książki. W poprzednim mieszkaniu miałam kilka ogromniastych i pojemnych półek na których książki ułożone były kolorystycznie. Teraz do dyspozycji mam kilka półek i regałów w całym mieszkaniu i wielki problem, bo książki w jednym miejscu się nie mieszczą. Na razie poukładałam je przypadkowo, zobaczymy czy taki układ da mi spać. Plus z przeprowadzki jest wielki: spełniło się moje marzenie, wszystkie książki kucharskie mam w kuchni pod ręką, gotowe do użycia. 

Oczywiście niczego w tym czasie nie czytałam, nawet nie pamiętam czego nie zdążyłam zrecenzować a i książki do biblioteki trzeba oddać. Postaram się nadrobić zaległości jak najprędzej! Na razie melduję się, że żyję:)

Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania