Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
środa, 31 grudnia 2008
Książki wybitne

Słowa Anny Seniuk które w nowym roku mam zamiar sobie wziąć do serca:

"I czy czuje się pani spełniona?

Tak, im mniej gram, tym więcej żyję.

Co to znaczy?

Na przykład - że mam czas na czytanie książek. Czy pan wie, że nie należy czytać dobrych książek, tylko wybitne?" 

(Fragment wywiadu Grzegorza Sroczyńskiego z Anną Seniuk, "Najwięcej wieczorów spędziłam z hrabią" Wysokie Obcasy 2008, nr 50 (503), str. 16.) 

15:07, ksiazkowo , cytaty
Link Komentarze (2) »
wtorek, 30 grudnia 2008
Nie mogę wytłumaczyć wam zobopólnego naszego obejścia

Pierwszy kontakt z książką wesoły. Dużo szyderstw i język piękny i ciekawy, interesujące jest to, że Potocki napisał "Pamiętnik znaleziony w Saragossie" po francusku. Tłumaczenie w roku 1847 zrobił Edmund Chojecki i to od tej pory książka jest znana polskim czytelnikom. Pierwsze kilkadziesiąt stron bawiło mnie niezmiernie. Później lektura stała się dość nużąca, nie pochłonęła mnie ani nie zachwyciła, do języka się przyzwyczaiłam więc już tak nie fascynował a kpina z rycerskiej odwagi i romantycznych wzlotów przestała zajmować. Czytało mi się bardzo ciężko a to z powodu ciągłej zmiany narratora, szeregu nowych osób pojawiających się, upiorów, duchów, zjaw i wisielców. I właśnie wtedy kiedy miałam odłożyć książkę zupełnie i planowałam białą flagę na blogu zawiesić przygody bohaterów powieści porwały mnie na tyle, że czytałam dopóki nie skończyłam pierwszej części. Zupełnie odległe opowieści zaczeły pokazywać jakiś wspólny mianownik.

Chciałabym napisać, ze to przygody Alfonsa von Wordena pochłonęły mnie ale jego historia to tylko szeroka rama, w której mieści się szereg innych przygód opowieści i hisoryjek. Ciężko też zdefiniować gatunek książki, bo jest to i romans, i powieść grozy, i powiastka filozoficzna i bajka i powieść fantasy. Potocki chciał zakpić z nadęcia, honoru i kodeksu rycerskiego i doskonale się mu to udaje, widać przywiązanie do racjonalizmu i rozumowego postrzegania świata. Bądź co bądź, najbardziej właśnie ciekawą postacią wydawał mi się szalony naukowiec matematyk, którego roztargnienie przysporzyło mu kilka ciekawych przygód. Co wcale nie oznacza, że romantyczne historie bohaterów nie są mniej ciekawe. Historyjki pokazują dwie wersje postrzegania świata, dwie opcje i postawy, racjonalistyczną i romantyczną. Alfons von Worden musi wybierać, podejmować decyzje w taki sposób aby sprostać zadaniu jakie na nim spoczywa. Musi udowodnić, że jest godnym swych przodków Gomelezów. 

Akcja powieści zaczyna sie od znalezienia przez autora tajemniczego hiszpańskiego pamiętnika z historiami o upiorach, kabalistach i romansach. Alfons van Worden, kapitan gwardii wallońskiej natrafia na szubienice braci Zota i dziwną, opuszczoną gospodę, w której spotka Eminę i Zibeldę pochodzące z rodu Gomelezów.To daje początek jego przygodom, dziwnym i niewytłumaczalnym wydarzeniom, do których przecież został stworzony. 

Na kartach mojej wypożyczonej z biblioteki książki kilka osób wcześniej prowadziło dialog, ołówkiem. Na postawione pytanie "czy lektura męczy?" większość napisała, że owszem, czyta się kiepsko. I jest w tym dużo prawdy, bo trudno mi było wybrać najlepszą opcję: czy smakować po trochu, wyrywkowo, czy moze pożreć jak głodomór pierwszej klasy. Bo z jednej strony fajnie rozkoszować sie językiem i kunsztem literackim a z drugiej strony jak spamiętać wszystkie fakty? Rozumiem dlaczego pewnie ta książka nie jest czytana za często a film ma byc rzekomo lepszy (wg. osoby piszącej na marginesie książki), bo lepiej przyswajalny. I z tych samych powodów dla przekory kończę już drugi tom.

16:28, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (2) »
środa, 24 grudnia 2008
Wesołych świąt!!!

 

 

  

czwartek, 18 grudnia 2008
Nie wiem, nie przeczytałam

Są takie książki, które dostają na wstępie dużo punktów tylko i wyłącznie za rekomendację. U mnie zdarzają się również takie, których po prostu nie wypada mi nie przeczytać. Polecane przez wyrobionych czytelników, osoby bardzo wykształcone i o ogromnej wiedzy, albo teściową mą przyszłą. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w której kłamię, owijam w bawełnę i udaję, że coś przeczytałam kiedy w rzeczywistości tego nie zrobiłam. A za krótko się znamy, żebym odrzucała propozycje ze stwierdzeniem, że są nie dla mnie, bo też i nie mam ochoty tracić źródła tryskającego naprawdę dobrymi książkami do przeczytania. Jeszcze nigdy nie zawiodłam się i pochłaniałam wszystko mi podunięte wręcz w tempie ekspresowym. Aż do wczoraj.

"Złoto krzyżowców" to książka napisana przez zawodowego archeologa z doktoratem, Davida Gibbinsa, który zajmuje się dbałością historyczną bardziej niż wartością literacką. Mocno wkurzyłam się dopiero na setnej stronie, kiedy to okazało się, że zwykły technik "zupełnym przypadkiem" zajmuje się odkrywaniem tajemnic żydowskiego skarbu: 

"-Wybaczcie, że się wtrącam - powiedział - ale skoro rozmawiamy o menorze, to musimy coś wiedzieć o jej historii. Tak się składa, że tajemnica zaginionego żydowskiego skarbu ze Świątyni to jeszcze jedną z moich pasji."

I wtedy następuje sporej długości wykład, setny już chyba z kolei. Miałam wrażenie, że Gibbins metodą kopiuj/wklej zawarł treść swoich wykładów w książce. Jego przywiązanie do historii, nazw i dat jest tak duże, że zraziło mnie to do czytania. I takim oto sposobem po raz pierwszy oddając książkę na pytanie czy mi się podobała odpowiem: "Nie wiem, nie przeczytałam."   

poniedziałek, 15 grudnia 2008
Na czarny ląd

" Czy Afryka może ruszyć bez pomocy świata? Nie może. Stan tego kontynentu, który zawsze był biedny, jest dziś taki, że nie można mówić o możliwości wydźwignięcia się Afryki o własnych siłach. To jest tak ogromny kontynent i żyje na nim już taka masa ludzi biednych... A ogólna tendencja Afryki ciągle jest tendencją negatywną, tzn. Afryka dalej pogrąża się w kryzysie. To, co wskazywaliśmy jako pozytywy, to są zaledwie objawy jakiejś optymistycznej przeszłości, to nie jest dominujący trend. Ciągle jeszcze postępuje pogarszanie się położenia ludności. Z punktu widzenia obraz Afryki jest obrazem czarnym, pseymistyczny."

Ryszard Kapuściński, w: Bereś, Burnetko Kapuściński: Nie ogarniam świata, Świat książki, Warszawa 2007, s.85

Jean Marie Le Clezio sprawia wrażenie zainteresowanego Afryką i czarnym lądem w trochę odmienny sposób niż robi to Kapuściński. K. starał się zrozumieć, objaśnić i przyciągnąć uwagę ludzi do istotnych problemów Afryki: głodu, biedy, przeludnienia i zacofania. Le Clezio z kolei pokazuje Afrykę taką jaką pamięta z lat dziecinnych, pilnując abyśmy doskonale zdawali sobie sprawę ze szkód jakich dokonał kolonializm.

Przeczytałam "Onitszę" tego pisarza i nie bardzo rozumiem za co dostał Literacką Nagrodę Nobla. Le Clezio "otwierający nowe perspektywy poetyckich podróży i zmysłowych uniesień” według mnie jest tylko poprawny. Onitsza wybitna nie jest, nie przykuwa, nie wbija w fotel ani nawet nie zmusza do wielkich przemyśleń. Ot, może chętniej sięgnęłabym po "Heban" Kapuścińskiego by sobie odświeżyć i przypomnieć.

Główny bohater Fintan to sam Le Clezio który jako 7-latek wyjechał do Nigerii wraz z matką do przebywającego tam ojca. Książka zaczyna się od opisu przygotowań i oczekiwań na wyjazd. Celem podróży jest budząca wielkie nadzieje Onitsza:

"Tam, kiedy przybęda do Onitszy, wszystko będzie inne, wszystko będzie łatwe. Będą wielkie porośnięte trawą równiny, o których pisał Geoffroy, drzewa wysokie, strzeliste, rzeka taka szeroka, że wydaje się morzem, horyzont ginący w mirażach wody i nieba. Będą łagodne wzgórza porośnięte mangowcami, chaty z czerwonej gliny przykryte splecionymi z listowia dachami. Wysoko nad rzeką, pośród drzew, będzie duży drewniany dom z blaszanym dachem pomalowanym na biało, biegnąca wzdłuż fasady weranda i kępy bambusów."

Marzenia jednak nie spełniają się a inny klimat, obce miejsce,ludzie i zupełnie odrębny kontynent przysparza więcej rozczarowań niż radości.

"Zachowywała w myślach każdą chwilę po przyjeździe do Onitszy, zamieszkanie w wielkim pustym domu, gdzie były tylko te drewniane ściany i przykrywający dom ten blaszany dach, huczący przy każdej burzy. Hamaki, wąskie prycze osłonięte moskitierą, jak w dormitorium. Nade wszystko to  skrępowanie, ten mężczyna, któy stał się kimś obcym, obca była jego stwradniała twarz, szpakowate  włosy, chude ciało i barwa skóry. Szczęścia, o którym marzyła na pokładzie "Surabai", nie było tutaj."

To historia dojrzewania chłopca a zarazem obraz szkód i niesprawiedliwości zaserwowanych ludności afrykańskiej przez angielskich urzędników. Le Clezio nie stara się wyjaśniać, kreuje barwne, wręcz żywe obrazy sugestywnie dzielące świat na białe i czarne. Nie ma tu półcieni, a szkoda.

czwartek, 11 grudnia 2008
W pogoni za szczęściem

 

 

Ideałem jest jeżeli wszystko idzie dobrze. Ideałem jest jeżeli rozumiemy dlaczego dzieje sie tak a nie inaczej. Ideałem jest jeżeli możemy dowiedzieć się co kierowało innymi w momencie ich działania. A co jeżeli nie rozumiemy? Jeżeli gubimy sie w domysłach i zapadamy w roztrząsaniu przeszłości nie wiedząc zupełnie nic?

Książka Tima Wintona "Jeźdźcy" dotyczy właśnie takiej sytuacji w której próbujemy za wszelką cenę znaleźć odpowiedź na pytanie "Dlaczego?". Gdzie jednak leży granica po której już nie powinniśmy się starać, dociekać i grzebać sie w tym co było? To pytanie które stawia sobie niejedna kobieta i niejeden mężczyzna. Sama kiedyś porzucona byłam bez słowa, gestu czy ostrzeżenia, ani jednej wiadomości bądź telefonu. Czułam się jakbym nie zasłużyła na wytłumaczenie, jakbym nie była warta tych kilku marnych słów. Po prostu w pewnym momencie straciłam kontakt ze swym chłopakiem, zaginął bez słowa wytłumaczenia. Tysiące pytań nasuwa się wtedy na myśl: w czym zawiniłam? czy zrobiłam coś nie tak? czy może nie zauważyłam od samego początku że to pozory związku? Do tej pory nie znam na nie odpowiedzi bo odpuściłam dość szybko. Nie zrobił tego główny bohater książki Tima Wintona. 

Scully, Australijczyk postanawia osiąść w Irlandii wraz z żoną Jennifer i córką Billie. W małej miejscowości kupuje dom wypatrzony przez żonę i rozpoczyna w nim remont aby przygotować go na przyjazd jego dwóch ukochanych kobiet. Początkowo karty książki wypełnia zmaganie się Sculliego z odgruzowywaniem i czyszczeniem domu a telegramy wysyłane z Australii informują o szybkiej sprzedaży domu i przygotowaniach żony do przyjazdu. Z jakim zdziwieniem Scully widzi na lotnisku jedynie swoją córkę, ani śladu żony, żadnych wiadomości czy znaku. Córka odmawia komentarza i nie dzieli się żadnymi spostrzeżeniami ze swym ukochanym ojcem a on pozostaje sam usilnie starajac się dowiedzieć co stało się z żoną. To właśnie w 13 rozdziale akcja nabiera zawrotnego tempa a my przemieszczamy się przez Grecję, Francję i Holandię w szaleńczej pogoni za Jennifer. Ta podróż w przeszłość tego rzekomo szczęśliwego małżeństwa uchyla rąbka tajemnicy. 

Książka wzburzyła mnie i wciągnęła, wkurzałam się na głównego bohatera i zrzymałam, denerwowałam i wpadałam w złość. Jednocześnie rozumiałam jego ból i akceptowałam jego parcie na to by zrozumieć. Winton burzy stereotypy wybierając mężczyznę jako tego który pozostaje sam z dzieckiem, pozostawiony przez ukochaną. Zarazem pokazuje on jak czasami można zagubić się i nie znać swych najbliższych, ich pragnień, marzeń i zamiarów. Bycie razem nie gwarantuje pełnego zrozumienia a szara rzeczywistość i codzienne obowiązki stają się idealnym podłożem do tego aby osiąść na laurach i założyć, że wiemy, kochamy się i jesteśmy szczęśliwi. Książka "Jeźdźy" okazała się naturalną kontynuacją "Piątego dziecka", zupełnie przypadkowo tworzą całość: czasami lepiej nie dociekać bo dobrego wytłumaczenia nie ma i być nie musi.

Moja ocena: 5+/6

wtorek, 09 grudnia 2008
Blask latarni

Jak zwykle nikt nie oflaguje mojego bloga pisząc I love your blog ani nie wytypuje mnie do top 10 najlepszych blogów wszechświata. I być może w normalnych okolicznościach przyrody bym się tym martwiła i darła włosy z głowy ale w tym momenciemego zycia jest mi to zupełnie obojętne (sic!). Zdaję sobie sprawę z tego, że mało żyję wirtualnie, nie siedzę przy komputerze tak często jak bym może chciała. A jeśli już siedzę to po to by chałturzyć i wykonywać prace które w ostatecznym rozrachunku mają mi pomóc wybudować dom. I nawet praca tak bardzo mnie nie męczy a wracanie do domu kiedy na dworze zupełnie ciemno ma jakiś sens. Latarnie błyszczą, wycieraczki samochodu zsuwają krople deszczu na boki a głowa pełna planów na wieczór. I dobrze jest.

Dzielę sobie czas na jednostki i powolutku daję radę wykonywać wszystko co sobie zamierzyłam. Być może to rozciąga się w czasie, ale i tak sprawia że ze swego życia jestem mocno zadowolona. Powinnam teraz pukać, odpukiwać i dmuchać na zimne i być może to po cichu robię, ale staram się przyjąć, że skoro jest dobrze to niekoniecznie oznacza to ciszę przed burzą. I że może tak już pozostanie.

Chwilowo nie przeszkadza mi nic, brak słońca, wiatr ani zgubione rękawiczki. Nie martwi mnie to, że o wszystko musimy walczyć i ciężko pracować ani to, że czekają nas wyzwania i próby. Cieszę się, że mam tą oskocznię od rzeczywistości jaką jest czytanie i cieszę się na weekendy z filiżanką kawy i książką w ręku. 

I takiego błogostanu wszystkim życzę.

poniedziałek, 08 grudnia 2008
Drzewka pomarańczowe...

 

 

Jak ja uwielbiam leniwe weekendy! Tym razem postanowiliśmy ominąć imprezy i wszelkie spotkania towarzyskie i spędzić weekend we dwójkę. Dzięki temu udało mi się skończyć parę lektur i zacząć czytać prezenty:) Błogo, leniwie i cudnie. Jak dodam, że w bibliotece czeka na mnie kilka książek do odebrania to aż chce się krzyczeć: "Jak ja uwielbiam poniedziałki!"

A oto i recenzja.

Napisana przez Kathryn Harrison, amerykańską dość młodą pisarkę książka "Tysiąc drzewek pomarańczowych" raczej mnie straszyła niż przyciągała. Było niezwykle trudno zacząć i czytanie tego potoku opisów życia w Hiszpanii objętej Wielką Inkwizycją nie sprawiło, że zagłębiłam się w książkę w wielką ochotą. To historia dwóch kobiet, Franceski która jest córką hodowcy jedwabników i Marii Luizy, królowej Hiszpanii. Ich losy okazują się być bliższe niż im się wydaje a to co dało życie Francesce, przyniosło zgubę Marii Luizie. 

Czułam wręcz wstręt do króla odżywiającego się wyłącznie przegotowanym mlekiem mamek bądź pijącego krew z ran na stopach cudownej dziewczynki. W tej kwestii szereg opisów tak lubianych przez panią Harrison był niezwykle skuteczny.

Podobnie z opisem cierpień jego żony, jej samotnością i tęsknotą za krajem lat dziecinnych. Te dwie postaci są wyraziste na tyle by móc odczuwać wobec nich pewne uczucia. Jednak wielkim rozczarowaniem jest dla mnie postać narratorki i zarazem głównej bohaterki powieści, Franceski. Pomimo tego, że niewątpliwie jest ciekawszą osobą a jej romans i wielka miłość do księdza wydaje się być intrygująca i tajemnicza to jednak nie możemy poznać i przeanalizować ich pobudek z taką dokładnością z jaką opisywana jest królowa. Być moze to celowy zabieg autorki, aby przybliżać postać Króla i Królowej za pomoca opisów ich charakterów a Franceski i Alvara za pomocą ich działań. Być może właśnie ci władcy mogący robić wszystko czego dusza zapragnie są jakby sparaliżowani, czują niemoc. Franceska, mająca tak niewiele nie waha się przed czynami które mogą doprowadzić ją do zguby.

Odniosłam wrażenie, że autorka posługuje się banalnymi porównaniami. Przykładem niech będzie to o ptaszkach hodowanych przez francuskie hrabiny, ktore wydawaly fortunę na złote klatki, karmę dla swych małych oblubieńców, upijały je alkoholem by piękniej śpiewały. Wszystko na nic, bo z dala od wolności umierały jedno po drugim. Jakoś zbyt oczywistym jest, że podobny los spotyka królową Marię Luisę. Jest tam takich banalnych historyjek kilka, jednak z czasem uległam takiemu baśniowemu snuciu opowieści. I chociaż książka jest li tylko poprawna to podobno przez sen przepraszałam swego lubego, że nie uratowałam królowej. Tak to się dzieje jak człowiek za bardzo żyje literaturą.      

Moja ocena: 4/6

Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania