Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
niedziela, 30 listopada 2008
"Czarny ogród"

 

 

 

 „…Bunty nie maleją, w tym roku tysiąc dwustu dziewięćdziesięciu hutników z Będzina odmawia pracy, bo wydano im konserwy rybne zamiast mięsnych.”

To cytat z „Czarnego ogrodu”, który mógłby być podsumowaniem całej historii górniczego Śląska. Śląska, który strajkuje non stop, Śląska który się domaga. Domaga przywilejów, pracy, domu, żywności, większych pieniędzy. Nie mam nikogo na Śląsku, nie sympatyzuję z górnikami a na dodatek potępiam ich strajki. Starałam się po prostu zrozumieć i dlatego sięgnęłam po „Czarny ogród”. Pamiętam czasy kiedy jakaś daleka rodzina na Śląsku była w stanie załatwić wszystko, od mebli po mięso, była to jakby inna Polska, lepsza, bogatsza.

Dzięki książce Małgorzaty Szejnert dowiedziałam się, że Ślązak się Polakiem nie czuje. Podczas II wojny światowej 95% Ślązaków wyraziło chęć posiadania narodowości niemieckiej, chociaż do wyboru była i śląska. Rodziny górnicze zawsze opowiadały się za opcją która zapewniała im względny spokój i majątkowe korzyści. To dzięki tej książce wiem, że Śląsk to takie nasze polskie Stany Zjednoczone Ameryki Płn gdzie ludzie przybyli po to by pracować i budować swe życie od zera. Ciężka praca pozwalała Ślązakom bogacić się i to ona dawała szanse na lepsze życie. Ślązak to polski „self-made man”.

„Czarny ogród” to kopalnia wiedzy o Śląsku, to historia opisująca losy kilku pokoleń rodzin Nikiszowca i Giszowca, miast wzorcowych stworzonych przez najlepszych architektów tamtych czasów. Nie dziwi mnie fakt, że Małgorzata Szejnert dostała za swą książkę nagrodę Cogito ponieważ nie spotkałam wcześniej takiej dokładności, skrupulatności w opisywaniu faktów, szkicowaniu rzeczywistości i przybliżaniu nam prostych codziennych czynności. No, może u Bronisława Malinowskiego. Jednak to właśnie ta dokładność jest największym wrogiem tego reportażu: setki dat, nazwisk, nazw miejscami nużą i sprawiają, że książki nie czyta się jednym tchem a brnie się mozolnie i z trudem przez powódź informacji. Styl pisania Małgorzaty Szejnert jest prosty: krótkie zdania, ale rozdziały pełne cytatów dzięki którym możemy poznać trochę śląskiego języka.

Ciężko mi ocenić tę książkę, bo jest wartościowa i ważna, bo pozwala zrozumieć Śląsk i mentalność jego mieszkańców. Nie jest na pewno czytadłem które przeczytamy w ciągu kilku dni pochłonięci nią bez reszty. Sami musicie zdecydować czy przeczytać czy nie, osobiście cieszę się, że to zrobiłam.

20:31, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (9) »
środa, 26 listopada 2008
Tik tak, tik tak...

Czasowo się nie wyrabiam i zawsze jak zaglądam na swego bloga to mam wyrzuty sumienia, że taka kiepska jestem w komentowaniu waszych postów. Ale jak już uda mi sie znaleźć chwilę, ostatnio nawet w pracy nie mam spokoju, to staram się coś skrobnąć na szybko. No i zaglądanie do innych cierpi na tym strasznie, nie wiem co się u Was dzieje:).

Cieszę się okropnie na to historyczne czytanie i już odnajduję tu i ówdzie w bibliotekach niektóre książki. I strasznie kusi mnie ten Bolesław Chrobry Gołubiewa, taka bardzo dogłębna analiza i dokładny opis średniowiecza może być niezwykle ciekawy. Jako człowiek który kiedyś chciał studiować WSZYSTKO miałam okres sporego zainteresowania historią i byłam mocno zaangażowana w wmawianie znajomym, że powinien być to obowiązkowy przedmiot na maturze. Teraz troszkę się uspokoiłam i staram się zrozumieć, że ktoś może nie lubieć historii, ale tylko się staram. Bo ludzie! Jak można zrozumieć coś posiadając wiedzę o aktualnych wydarzeniach jednak oderwaną od przeszłości? Żadne społeczeństwo z nieba nie spadło i szereg wydarzeń narzucił takie a nie inne zachowanie. Zresztą bzdury i oczywistości plotę, ale niechęć dzisiejszej młodzieży do historii wprawiała mnie zawsze w przerażenie. Może dzięki takim wyzwaniom się coś zmieni. A swoją drogą ciekawi mnie ile osób poniżej dwudziestego roku życia weźmie w nim udział. 

I tylko tak się chcialam pochwalić, że ostatnio naprawdę dużo nie wydaję na książki, co jest nie lada osiągnięciem. Wcześniej przypadkowość rządziła mymi zakupami książkowymi i biegłam do kasy ze wszystkim co wpadło mi w ręce. Teraz wolę do księgarń wchodzić przygotowana, z listą książek do kupienia, dokonuję po prostu lepszej selekcji wstępnej. Co jest równoznaczne z oszczędzaniem które jest cięższą pracą niż myślałam. Dobrze, że są biblioteki. 

niedziela, 23 listopada 2008
Tygrys, ale nie ten

Nie będę recenzować "Rzeki tajemnic" bo chyba wszyscy ją znają a i ja jakoś nie zostałam powalona na kolana. Owszem, bardzo dobrze napisane i wciąga, nie można odejść od książki dopóki człowiek nie dowie się kto zabił jednak jakoś nie czuję, żebym przeczytała coś wyjątkowego. Ot kolejne czytadło. Na pewno bierze sie to stąd, że ja po prostu kryminałów nie lubię. Nie lubię wartkiej akcji ani braku opisów. Jestem zupełnie odwrotnym typem, zaczytuję się w opisach przyrody i uwielbiam czytać o przemyśleniach bohatera. Być może dlatego podobała mi się "Czarodziejska góra" "W poszukiwaniu straconego czasu" a kryminały oceniam jako marnotrastwo mych cennych chwil (nie wszystkie oczywiście). I nie chodzi o to, że mam ambicje czytać tylko śmiertlenie nudne lektury, babskie czytadła dość dobrze mi "wchodzą" i nie przysparzają żadnego moralnego kaca. Jedyne czego nie znoszę to takiego amerykańskiego nadęcia i wałkowania pseudo-istotnych kwestii. Zniosę je tylko wtedy kiedy będę mogła się czegoś nauczyć. Podejrzewam, że nowe wyzwanie Padmy jest dla mnie idealne, pełno informacji od których urośnie głowa:)

Ale ale do rzeczy. Ostatnio zupełnym przypadkiem trafiłam na książkę "Biały tygrys" ale nie Adigi a węgierskiego pisarza Ervin Lazara. Zgodnie z informacja na okładce to powiastka filozoficzna, co mnie zaciekawiło znacznie. Bo ze mnie niedoszła studentka filozofii, ktorej filozoficzna edukacja zatrzymała się na szkoleniu bibliotecznym. Bohaterem ksiazki jest człowiek którego imienia nie pamietam:) który nagle obdarzony zostaje białym tygrysem, spełniającym jego wszystkie zachcianki i rozkazy. Tygrys jest magiczny, niezniszczalny i wszechmocny, wywołuje lęk i sieje strach wśród ludzi. Z początku posiadanie ogromnej władzy uwiera naszemu bohaterowi, przeszkadza, wkurze i sprawia, że zostaje odizolowany od społeczeństwa. Niedużo jednak trzeba aby zaczął się panoszyć, szarogęsić, wymagać od ludzi coraz więcej, i przede wszystkim, nadużywać swej władzy. Wszyscy już wiedzą, że chodzi o opowieść z morałem. Czyta się dobrze jednak nie mogę powiedzieć, że zostałam oczarowana. Filozofka ze mnie żadna.


Moja ocena: 4/6

wtorek, 18 listopada 2008
"Piąte dziecko"

 

Poprzedni weekend mogę uznać za zupełnie udany. Przeczytałam kilka książek, miałam jakieś problemiki z internetem i z czystym sumieniem oddawałam się wyłącznie czytelniczej rozpuście. Mam kilka zupełnie zaległych recenzji i w miarę wypoczęty umysł. Nawet mój organizm broni sie przed zajmowaniem innej niż leżąca pozycji, bo w pracy plecy bolą mnie niemilosiernie. Zrobiłam sobie ranking ostatnio przeczytanych książek i zupełnym hitem zostaje dla mnie Doris Lessing i jej "Piąte dziecko". Obłędna książka, trafiła do mnie bezwzględnie. Byc może dlatego, że tak jak para głównych bohaterów jestem na etapie zakładania rodziny, wybierania najlepszego momentu na zajście w ciąże, itp, itd.

Główni bohaterowie Harriet i David to układne i szczęśliwe małżeństwo, które przez życie chce przejść trzymając się tradycyjnych zasad. Ich marzenie to piękny, duży dom pełen dzieci, zgiełk, gwar i rwetes, latorośle biegające z kąta w kąt i kochająca rodzina u boku. Kto o czymś takim nie marzy? Stopniowo wcielają swoje pomysły w życie a sielanka trwa, choć młoda mama coraz bardziej zmęczona a rodzina nie radzi sobie bez wsparcia finansowego ojca. Momentem przełomowym jest piąta ciąża, od której zaczynają się kłopoty. Nie będę tu rozwodzić się nad przykładami gnicia i rozpadu rodziny jakie w chłodny i rzeczowy sposób podaje Doris Lessing. Powiem tylko, że autorka ze stoickim spokojem opisuje zmiany w zachowaniu wszystkich domowników. Ja nie wiem, być może jest zupełnie chłodna i narażę się tej i owej ale uwielbiam styl Lessing. Ale nie o tym chciałam pisać.

Co zastanowiło mnie bardziej to fakt, że ktoś ośmielił się podnieść rękę na tę święta instytucję jaką jest macierzyństwo i rodzina. Nasza kultura nie pozwala na wyrażanie negatywnych opinii związanych z macierzyństwem. Nikt nie mówi o bólu, łzach, pocie i wielkich wyrzeczeniach jakie trzeba ponieść jeżeli chce się mieć dziecko, co dopiero jeżeli tych dzieci chce się mieć więcej. Młode dziewczyny wyobrażają sobie, że ciąża i dzieci potrafią załatwić wszystko, stąd łapanie chłopaka "na wpadkę", przypadkowe małżeństwa i wiara w to, że jakoś się wszystko ułoży. Duża część rzeczywiście ma to szczęście i jak najbardziej na to zasługują. Jednak nikt nie zakłada, że gdzieś na jakimś etapie po prostu możemy sie po prostu rozczarować, że rodzina, dzieci nie będą spełniać naszych oczekiwań. A jak wiadomo, wszyscy wychowywani jesteśmy w przekonaniu, żeby oczekiwać dużo i liczyć na wiele i jakoś nigdy nie uwzględniamy tej gorszej opcji. Szczęście jest nagrodą za dobre sprawowanie, nieszczęście za złe. Bohaterowie "Piątego człowieka" zawinili jedynie swą naiwnością i zbytnim optymizmem.

Naprawdę wydaje mi się, że ta książka powinna być lekturą szkolną, tak aby gdzieś ta młodzież miała możliwość zorientowania się, że w życiu nie zawsze może iść po naszej myśli. Że już nie wspomnę o nabywaniu odwagi poruszania tematu ciemnej strony macierzyństwa, co się raczej przemilcza. Bo przecież matka która twierdzi, że dziecko wysysa z niej życie i jest nim zmęczona jest zła. Dość mocno poruszyła mnie ta książka i przyznam szczerze, że poleciłabym ją każdemu.

Moja ocena: 6/6

wtorek, 11 listopada 2008
A w bibliotece...

 

Przez dość długi czas moja biblioteka była nieczynna z powodu remontu. Dzięki temu miałam czas, żeby przeczytać to co pożyczone od znajomych i rodziny chociaż wyzwanie trochę na tym ucierpiało. Remont miał trwać miesiąc a ja z każdym dniem traciłam cierpliwość - bo trwał trzy. Już prawie straciłam nadzieję, że biblioteka zostanie kiedykolwiek otwarta aż tu okazało się, że można rezerwować książki. Przysięgam, byłam pewna, że jako pierwsza wpadnę w końcu do środka odebrać wszystko co zarezerwowane, ale w bibliotece były kolejki jak po mięso. Dawno nie byłam tak podekscytowana, ludzie wchodzili i wychodzili widząc jak długo trzeba by było stać a ja tkwiłam w kolejce świadoma, że czeka tam na mnie kilka wcześniej zarezerwowanych perełek. Byłam jedną ze starszych maniaków wypożyczania, głównie przeważali licealiści i studenci. Przyszedł jeden sędziwy pan o lasce, z berecikiem na głowie i wypożyczył dwie książki, po czym włożył je pieczołowicie do siateczki z dużymi uszami. Strasznie mnie rozczulił. Wpadła też szalona chuda staruszka z plecakiem pełnym książek, wypakowywała je chyba z 10 minut (kto jej tyle pożyczył?) i zabrała tyle samo z powrotem. Przy okazji zrobiła trochę szumu, zjadła kilka cukierków i wepchnęła się do kolejki. Była tak sympatyczna, że nikt jej nic nie powiedział. Reszta, w tym ja, czekała godnie na swą kolej i kiedy podchodziłam do pana serce biło mi jak szalone. Jakbym właśnie była na pierwszej randce z kimś, kto bardzo ale to bardzo mi się podobał. Wyszłam szczęśliwa i rozbawiona, bo okazało się że „Biały tygrys” zamówiony przeze mnie nie jest tym czego chciałam. Przez przypadek wypożyczyłam węgierską powiastkę filozoficzną wydaną w latach 70-tych. Oto co jeszcze przyniosłam z biblioteki:
1. „Czarny ogród” Małgorzaty Szejnert, zobaczymy czy matyldabo ma rację:)
2. „Piąte dziecko” Doris Lessing
3. „Mnich” M. G. Lewisa na co cieszę się ogromnie zachęcona przez zosik, no i fragment przeczytany w windzie urzekł mnie stylem i pięknym językiem
4. „Tysiąc drzewek pomarańczowych” Kathryn Harrison
5. „Biały tygrys” Ervina Lazara – oby tylko to niedopatrzenie okazało się pożyteczne i przyjemne w czytaniu.

poniedziałek, 10 listopada 2008
Dzień języka polskiego

 

 ,

Przez długi czas miałam wyrzuty sumienia, że wszystkie anglojęzyczne książki stojące u mnie na półce były tak potwornie zaniedbywane. Słucham jednak dziś Trójki gdzie „świętują” dzień języka polskiego i czuję się zupełnie usprawiedliwiona z czytania głównie w języku polskim. Każdy ze specjalistów językoznawców podkreślał jak ważne i istotne jest czytanie dobrej literatury w ojczystym języku i jak bardzo wzbogaca to zasób słów jaki posiadamy. Tak więc od dziś nie nazwę tego lenistwem tylko troską o jakość mojego ojczystego języka.

A tak naprawdę to nie wiem co jest tak odstręczającego w czytaniu w języku angielskim, zawsze i wszędzie powtarzałam swoim uczniom, że najważniejsze żeby czytać w danym języku. Z trudem i mozołem, ale jednak czytać. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestałam. Mogę wymienić kilka argumentów: tyle fajnych rzeczy po polsku czytam, że ciągle odkładam angielskie książki, na wersji obcojęzycznej muszę się bardziej skupić, no i co nieco sprawdzać w słowniku co jest bardziej czasochłonne.

Ostatnio postanowiłam przełamać passę i wzięłam się w końcu za ‘Three Men in a Boat (To Say Nothing of the Dog)’ autorstwa pana Jerome K. Jerome. Od 1889 roku, kiedy to książka została wydana wyzwala mnóstwo radości i wybuchów śmiechu wśród czytelników. Osobiście uwielbiam ten humorystyczny styl i satyrę pana Klapki (tak, to K w środku to Klapka). Książka tak naprawdę miała na celu być takim przewodnikiem po miastach i miasteczkach nad Tamizą. Przytaczane historyjki przeplatane są tu informacjami z historii Anglii i opisami zabytków znajdujących się nad Tamizą. Wszystko dzieje się wokół wyprawy trzech przyjaciół Harrisa, Georga i narratora, którzy w poszukiwaniu odmiany wybierają się na rejs po Tamizie. Książka pełna jest anegdot, humorystycznych opowiastek i śmiesznych przygód bohaterów i okraszona doskonałym wręcz specyficznym angielskim humorem.

„Trzech panów w łódce” to klasyka, którą trzeba znać. A tym, którzy wersję oryginalną chcą omijać szerokim łukiem powiem tylko, że tłumaczenie na język polski jest po prostu mistrzowskie!

wtorek, 04 listopada 2008
Potęga polskiej literatury

W zasadzie od czasu do czasu należy poruszyć wewnątrzczaszkową substancję rdzenną odpowiadającą za myślenie, dlatego też przyszła pora na refleksję. A że blog liteatury w szeroko pojętym znaczeniu tego słowa dotyczy tak więc to literatura mnie zastanowiła. W porannej drodze do pracy udało mi się zakupić "Wyborczą" i w ramach relaksu pomiędzy stosem obowiązków czekających na mnie każdego dnia postanowiłam tknąć dział kultura. A tam Adam Krzemiński, specjalista od spraw niemieckich, wypowiada się o wielkiej wadze pisarzy austriackich i ich ogromnej przewadze nad pisarzami niemieckimi.  

Otóż pan ten pisze: "Austriacki pisarz (podobnie jak polski) nie jest w stanie utrzymać się z pracy etatowej w radiu, telewizji czy prasie, więc jeśli już chce pisać, to musi iść na całość. Jeżeli nie uda mu się stworzyć arcydzieła - i odnieść sukcesu rynkowego - to musi zarabiać na życie bardziej prozaicznymi zajęciami. To śrubuje jakość."

To fragment artykułu pt. "Austria to jest potęga. Literacka" który po krótce opisuje znakomitą kondycję austriackiej literatury wyprzedzającej znacznie literaturę niemiecką i zdobywającej szturmem niemieckie księgarnie. Argument bardzo prawdziwy w sensie takim, że naprawdę z literatury utrzymać się chyba kiepsko, każdy zdaje sobie sprawę, że jednak to ciężki kawałek chleba. Ale kwestia jakości? Czy rzeczywiście jakość literatury polskiej jest tak wysoka? Czy, idąc tym torem, Polska jest potęgą literacką a wydawcy wypuszczają dzieła dobre jakościowo? No i najważniejsze, czy ja może po prostu czegoś nie zauważyłam i jestem zwykłą ignorantką? Patrząc na blogi można zauważyć, że literatury polskiej w nich nie ma za dużo, żeby nie powiedzieć mało. Jakoś ciężko mi uwierzyć w to śrubowanie jakości.

niedziela, 02 listopada 2008
"Długa droga w dół"

 

Ostatnie dni spędzam walcząc z bólem, nie jakimś tam bólikiem tylko takim kolosem co to zwala z nóg, odbiera chęć do życia i wyciska łzy. Z reguły tabletki przeciwbólowe nie działają ale jak w końcu uda mi się jakoś nafaszerować odpowiednio mocno i nie zasnąć, to czytam. A ponieważ domownik, sztuk jeden, nie oczekuje ode mnie niczego prócz zwyczajnego i w miarę zadowolonego wyrazu twarzy, czytam bez wyrzutów sumienia. I tak udało mi się skończyć Nicka Hornbiego, a dokładniej rzecz biorąc jego „Długą drogę w dół”. Nie wiem czy można to nazwać najlepszym dziełem tego pisarza, ale zadowoliło mnie w zupełności.

W radosny dzień Sylwestra na piętnastopiętrowym dachu Domu Skoczka spotykają się cztery osoby, każdy z zamiarem popełnienia samobójstwa. Droga jaką przebyli przed wejściem na dach jest zupełnie inna, jednak cel mają wspólny. Jedyne czego nie wzięli pod uwagę jest to, że w taką noc i inni zechcą skorzystać z, bądź co bądź, najpopularniejszego miejsca dla samobójców w Londynie. A ponieważ droga w dół jest rzeczywiście długa a oni tylko czekają na jakiś pretekst do pozostania przy życiu wszyscy czworo postanawiają zejść na dół. Schodzą w poszukiwaniu Chasa, pierwszego chłopaka jednej z bohaterek.

Książka ma czterech narratorów, niedoszłych samobójców opisujących swoją wersję wydarzeń. Ta czwórka to Martin, Jess, Maureen i JJ.
Martin to eks-prezenter telewizji śniadaniowej, który dokumetnie spieprzył sobie życie. Za seks z piętnastolatką został skazany na kilka miesięcy więzienia. Pociągnęło to za sobą rozstanie z żoną i dwójką dzieci, totalną kompromitację w mediach i utratę pracy. Sam Martin nie ma wątpliwości co do swej winy i nie oczekuje specjalnego zrozumienia, po prostu postanawia się zabić.

Jess to córka ministra oświaty, dzika i nieokrzesana nastolatka porzucona przez swego pierwszego łóżkowego faceta. Ma w nosie swoje wykształcenie i mocno buntuje się przeciwko wszelkim konwenansom. Co więcej, każda jej wypowiedź obraża ludzi wokół a ona ma problemy z przystosowaniem się. Taka typowa rozwrzeszczana angielska nastolatka, której nieobce są narkotyki i mocno zakrapiane alkoholem imprezy.

Maureen, niby głęboko wierząca katoliczka, jest matką niepełnosprawnego syna. Całe życie poświęciła opiece nad nim dla siebie pozostawiając uczestnictwo w nabożeństwach i mszach. Jednak jej chęć targnięcia się na swoje życie jest wyrazem totalnego zwątpienia i rezygnacji. Maureen to bardzo spokojna kobieta, której przekleństwa i problemy Jess nie mieszczą się w głowie.

JJ to Amerykanin, eks-muzyk, któremu nic w życiu nie wyszło. Rozstał się z kapelą i swa dziewczyną i okazało się, że nic innego w życiu robić nie potrafi, pozostało mu jedynie rozwożenie pizzy. Nie potrafi ogarnąć się ani odnaleźć, brak mu wykształcenia i umiejętności innych niż granie rocka. I chociaż zdaje sobie sprawę z tego, że jego pobudki są błahe nie bardzo wie co mógłby zrobić ze swym życiem.

Ta czwórka postanawia sobie dać trochę czasu i poczekać z samobójstwem do Walentynek. Zaczynają się systematycznie spotykać po tym jak Jess opowiada prasie o ich próbie samobójczej i rzekomym uratowaniu przez anioła o wyglądzie Matta Damona. Bohaterowie pochodzą zupełnie z innych środowisk, nie mają ze sobą prawie nic wspólnego a ich wakacje spędzone razem to pasmo kłótni i nieporozumień. Jednak nie pozostaje im nic innego jak trzymać się siebie nawzajem i wspierać w każdy, nawet najdziwniejszy, sposób. Całość śmieszna i zabawna, taka terapeutyczna opowiastka z morałem. Napisana bardzo zgrabnie i pozbawiona wszelkiego nudnego moralizatorstwa i nadęcia. Bo choćby nie wiadomo jak było źle to jednak można znaleźć iskierkę nadziei na wybrnięcie z każdej sytuacji. Podobnie z moim bólem: w końcu przeczytałam książkę:)

Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania