Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
środa, 28 stycznia 2009
Vermeer a Herbert

No i okazało się, że znalazłam jednak, tym pięknie opisującym Vermeera jest Zbigniew Herbert, który interesował się tym malarzem i malarstwem holenderskim. Szkic ten opublikowano dzięki uprzejmości pani Herbertowej i podobno znajdował się w teczce zatytułowanej "Vermeer" wraz z szeregiem kartek z luźnymi notatkami w których Herbert zanotował wrażenia z oglądania obrazów. Szkoda, że nie zdążył opowiedzieć i napisać wszystkiego. 

 

A oto i mały fragment:

"Spośród wielkich Vermeer jest malarzem najbardziej zagadkowym. I jego życiorys składa się z samych znaków zapytania. Kto był jego mistrzem? Na ten temat można snuć mniej lub bardziej prawdopodobne domysły. Dlaczego na około czterdzieści znanych jego obrazów tylko dwa, dosłownie dwa noszą datę ręką artysty? Czy był aż tak bardzo pewien, że czas narodzin nie ma znaczenia, dlatego stworzone są, aby żyć wiecznie? Jak to się stało, że nie zachował się po nim żaden rysunek, żaden szkic do obrazu, żaden obraz nie dokończony. Te "odpady" stanowiłyby bezcenne materiały do poznania metody mistrza. A korespondencja? Z pewnością jak inni pisał listy, więc dlaczego nie zachował się ani jeden, który by mówił o jego stosunkach rodzinnych, przyjaźniach i animozjach. Nasuwa się podejrzenie, że to nie los, ale sam artysta zacierał świadomie ślady swej ludzkiej egzystencji. Był malarzem ciszy i światła. Światło zostało w jego obrazach. Reszta jest milczeniem." 

Zbigniew Herbert, "Mistrz z Delft", Zeszyty Literackie 2000, nr 69, s. 86.

wtorek, 27 stycznia 2009
Vermeer i służba

O Vermeerze dowiedziałam się ze stron "Zeszytów Literackich", gdzie ktoś ciekawie napisał szkic o tym malarzu. Być może to był to fragment czegoś większego, rozdział książki, nie wiem. Próbowałam szukać, ale jak na złość numery archiwalne rozeszły się po zakamarkach mieszkania, być może ktoś z Was mnie oświeci kto tak pięknie o Vermeerze pisał. 

Do rzeczy: nie wiem czy nie wolalabym posiedzieć w muzeum Mauritshuis w Hadze, gdzie znajduje się aktualnie obraz Vermeera "Dziewczyna z perłą" niż przeczytać książkę Tracy Chevalier. Bo chociaż jakoś nie mam nic jej konkretnego do zarzucenia to odnoszę wrażenie, że to tylko takie czytadełko. Podobały mi się tylko delikatne opisy światła panującego w gabinecie holenderskiego malarza.

Tracy Chevalier powieść swą osnuła wokół obrazu Jana Vermeera "Dziewczyna z perłą", to wymyślona przez autorkę historia powstania tego dzieła i pokazująca proces tworzenia z perspektywy osoby malowanej. Dziewczyna z perłą to po prostu służąca w domu Vermeerów, która trafiła tam po niefortunnym wypadku swego ojca. Stracił on zdolność do pracy co znacznie zubożyło rodzinę, dlatego też Griet musi pracować jako posługaczka i pomywaczka. Co mnie wcale nie zaskoczyło, pomiędzy Griet a Vermeerem tworzy się tajemnicza nić porozumienia, ta zwykła dziewczyna staje się jego muzą. 

W rzeczywistości nie wiadomo kto pozował do tego jednego z nielicznych potretów malarza, Tracy Chevalier więc "poszła po bandzie". Wybrała jedną "z ludu", skromną i pracowitą dziewczynę i postanowiła stworzyc intrygującą historyjkę. Z pozoru idealny przepis na bestseller: weź biedną ale piękną chłopkę, niech zdobędzie serce wyższego rodem, pokaż nierówność społeczną i konflikt religijny. Z tym, że wszystko to pani Chevalier zrobiła po łebkach. Griet i Vermeer to niby jakiś związek, jednak żadnej w nim namiętności, bólu miłości nie widać, nawet w sumie nie byłam przekonana czy pomiędzy nimi iskrzy. I żeby było jeszcze śmieszniej to Griet mądra i inteligentna jest, i wychowywać dzieci umie, i zmysł artystyczny ma, jak każda służąca;). Tylko szkoda, że jak bolą ją ręce od pracy, to mimochodem jest to wspomniane. Żona malarza, z pozoru zła, nie zrobiła na mnie wrażenia jędzy, a litość raczej. Że już nie wspomnę niegodziwego więc braku jakichkolwiek emocji u każdej postaci.

Niby to historyczna powieść, a jednak niewiele w niej historii. Mogę tylko panią Chevalier docenić za naszkicowanie tła, subtelne oddanie obyczajowości tamtych czasów i realiów życia codziennego. 

A swoją drogą to przyznaję, że wybrałam "Dziewczynę z perłą" dla tłumacza Krzysztofa Puławskiego, który to poprawiał moje prace wieczorami w czasach burzliwych studenckich. I chociaż nie ciągnęło mnie do niej specjalnie to ciekawość zwyciężyła. Gdybym miała polecić podobną w tematyce i miejscu akcji książke to zdecydowanie "Pasja życia" Irvinga wygrywa z "Dziewczyną z perłą". Czytałam na wakacjach ze znajomymi i zamiast spijać piwka i grać w karty ryczałam nad Van Goghiem i nic nie było mnie w stanie od "Pasji życia" odciągnąć. 

15:18, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 stycznia 2009
Więcej pokory

Chyba ostatnio jakąś czarną serię książkową przeszłam i odrzucam jedna za drugą. A to "Mnich" mnie denerwował, później "Urania" zniechęciła zupełnie jakimś brakiem pomysłu na konkretną fabułę. Ten pech do książek sprawiał, że i recenzować mi się po prostu nie chciało. Ostatnio jednak odczuwam nawrót ochoty i weny twórczej, tak więc donosze o kolejnej lekturze "Śmierć pszczelarza" Larsa Gustafssona, którą przeczytałam już pewnie z dwa tygodnie temu.

Bardzo piękna książka do przeczytania nawet jednego wieczoru, koniecznie z filiżanką pachnącej kawy w ręku i łagodną muzyką w tle. Chociaż ja miałam ochotę czytać na świeżym powietrzu ogrzewając się w wiosennym słońcu (chociaż jeszcze go nie ma). To historia Larsa Lennarta Westina spisana na kartach pamiętnika podczas ostatniego roku jego życia. Główny bohater, emerytowany nauczyciel spędza czas w swej samotni, z dala od ludzi, którzy nie są mu już potrzebni, z pszczołami i psem. Uczy go to pokory i daje siłę na trwanie w bólu, zmaganie się z nim, czy wręcz zaprzyjaźnianie się. Ból sprawia, że docenia on inne rzeczy.

"I co rano ten sam strach, że te bóle powrócą. Przez całą zimę dręczyły mnie bóle. Obecnie cierpię dokładnie tak samo ze strachu przed bólem." (str. 56-57)

"Raj? Wszystko to właśnie przeżyłem. Raj musi polegać na tym, że dopóki nie mamy żadnych bólów, żyjemy w raju! I nie zauważamy tego! Szczęsliwi i nieszczęśliwi żyją w tym samym świecie, i nie widzą tego!" (str. 101)

Notatniki są taką próbą uporządkowania jego życia, zrozumienia tych właśnie niedokończonych wydarzeń, i niedopowiedzianych słów. Opisuje on swe relacje w kobietami, przyjaciółmi, rodziną - nie oczekiwał zbyt wiele, dlatego niewiele dostał. A może właśnie dostał bardzo dużo. Pamiętnik ten poza zupełnie prozaicznymi notatkami z codzienności zawiera jakby taką spowiedź, rozliczenie z tym co było i co minęło. To dowód na zupełne pogodzenie się z życiem, z tym jak ono wygląda i boli. Lars wspomina wszystko to, co w życiu mu się udało, co było dla niego ważne i do czego warto wracać. I chociaż np. małżeństwo zakończyło się rozwodem to jednak nie ma on żalu do nikogo, godzi się na życie w każdej formie. Wkurzałam się na niego za tę jego pozorną bierność, obruszałam jednocześnie zdając sobie sprawę, że znalazł on spokój do którego warto dążyć.

"Nadzieje jest niemal równie ciężka jak to drugie. Ale człowiek przywykł bardziej mieć nadzieję i bać się, niż znajdować się w środku tego, na co miał nadzieję albo czegoś się bał. Czego się nauczyłem: że nie ma żadnego rzeczywistego wyjścia z życia. Można tylko odsunąć rostrzygnięcie, zręcznością lub podstępem. Ale nie istnieje żadna droga wyjścia. Jest to całkiowicie zamknięty system, i przy wyjściu jest tylko śmierć." (str. 100)

Taka trochę magiczna książka, nie ma tu wartkiej akcji, jednak czyta się gładko i szybko. "Śmierć pszczelarza" przypomina o śmierci i nakazuje zapomnieć o błahostkach, stresie i nerwach powodowanych rzeczami zupełnie nieistotnymi. Wskazuje proste życie jako dobrą drogę do zachowania pogody ducha w każdych okolicznościach.


Lars Gustafsson, Śmierć pszczelarza, Czytelnik, Warszawa 1982,

wtorek, 13 stycznia 2009
Czas Magellana

Zwlekanie z pisaniem recenzji wiąże się z powracaniem do przeczytanej książki jakby przymusowo, nie dobrowolnie. Jakoś ciężko mi myśleć i jakiejkolwiek innej książce niż ta, którą w danym momencie czytam, dlatego też i pisanie recenzji jest już czynnością sztuczną. Zdecydowanie lepiej pisać na gorąco, jeszcze analizując i myśląc nad poszczególnymi fragmentami książki niż starać się sobie przypomnieć o czym to się myślało "w trakcie". Dlatego w ramach noworocznych postanowień obiecuję sobie pisać zaraz po, przed sięgnięciem po kolejną pozycję z przygotowanego stosiku.

"Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi" to moja kolejna wyzwaniowa lektura. Jako, że nie jestem pierwszą osobą opisującą wrażenia po tej ksiażce (quaffery stworzył piękną recenzję) i nie będę opisywać fabuły: w skrócie - Magellan próbując dotrzeć do Wysp Korzennych opłynął Ziemię, czym zrewolucjonizował świat. A oto i kilka refleksji okraszonych soczystymi cytatami.

Co mnie najbardziej zaciekawiło w tej książce to nic innego jak osobowość Magellana, człowieka niezwykłego pod każdym względem, silnego zarówno fizycznie jak i intelektualnie, doskonałego przywódcy. Od samego początku był tak uparty, że pomimo wielokrotnego zbywania jego próśb, odrzuceniu znalazł sposób na zorganizowanie wyprawy. To karkołomne wręcz przedsięwzięcie byłoby niemożliwe gdyby nie jego siła przebicia i upór.

"Jego ludzie opłynęli Ziemię, przede wszystkim dlatego, żę ich do tego zmusił, wręcz sterroryzował. Strach był najważniejszym narzędziem motywowania podwładnych, którzy bardziej bali się Magellana niż niebezpieczeństw morza."

Później, podczas rejsu, znienawidzony przez większość załogi, (racjonował żywność, pilnował aby wszyscy równie ciężko pracowali) potrafił zdławić bunt na pokładzie trzech z pięciu statków i górować nad skłóconymi podwładnymi. To najlepszy dowód na jego inteligencję i zdolności przywódcze. Z drugiej jednak strony to właśnie upór i zadufanie w sobie przyniosły mu zgubę, której mógł uniknąć.

"Przysługiwało im prawo do mięsnych posiłków trzy razy na tydzień (...). W pozostałe dni tygodnia kapitan miał im zapewniać "owsiankę, ponadto codziennie wieczorem również chleb, a także w te same trzy dni rano powinien im wydać wino i [...] rę samą ilość wina co wieczór". Relacje na temat, ile wina Magellan wydawał swoim ludziom, nie są zgodne, ale przypuszczalnie było to dwa litry na głowę dziennie."

Nic dziwnego, że kłócili się i buntowali. Nie tylko tego można dowiedzieć się z kart książki Laurence'a Bergreena, opisał on doskonale historyczne tło wielkich wypraw po skarby jakimi były przyprawy korzenne. Dowiadujemy się w jakiej kondycji była Portugalia i Hiszpania, w jaki sposób postrzegano świat czy jakie piętno odcisnęła Wielka Inkwizycja na zachowanie ludzi.

"Zadawano ją w pięciu etapach, coraz bardziej bolesnych. Najpierw skazańca rozbierano, wiązano mu ręce na plecach i straszono, nakłaniając, żeby przyznał się do winy. Jeśli odmówił, następował drugi etap. Polegał on na tym, że przesłuchiwanego na krótko podciągano za wykręcone do tyłu ręce na sznurze przechodzącym przez zamocowany do sufitu blok. Jeśli nadal nie chciał się przyznać, czekał go trzeci etap strappado, podczas którego zawieszano go na dłużej, co często prowadziło do wywichnięcia barków lub złamania ramion. Jeśli i tym razem nie chciał złożyć zadowalającego zeznania, poddawano go czwatemu etapowi męczarni: podciągano go do góry i gwałtownie szarpano, co powodowało straszliwy ból. Niewiele ofiar metodycznie zadawanego strappado potrafiło wytrwać tak długo. Dla nich to przewidziano piąty, ostatni etap mąk, w którym to do nóg przymocowywano ciężary, niekiedy tak duże, że wyrywały kończyny z umęczonego ciała torturowanego".

"Poza krawędź świata" to nie jakaś kolejna historyczna nuda nafaszerowana faktami i danymi, to niesamowita opowieść, którą czyta się jak najlepszy kryminał mimochodem zdobywając wiedzę. Niesamowite.

Laurence Bergreen Poza krawędź świata. Opowieść o Magellanie i jego przejmującym grozą rejsie dookoła Ziemi, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2005, str. 146, 118, 147-148.

21:26, ksiazkowo , wyzwania
Link Komentarze (6) »
piątek, 09 stycznia 2009
Kiepskie fotografie i dobre książki

 

 

To znaleziona w "Podróżach" fotografia pozostałości po stoczniowej bibliotece w Gdańsku. Podobno fotograf odratował wszystkie dzieła Lenina. Niestety, tego się nie da zauważyć na mojej fotografii. Jakoś tak Pan Bóg mnie pokarał antytalentem do fotografowania, kadrowanie to na pewno nie jest moja mocna strona a na zdjęciach z wakacji zawsze uda mi się odciąć komuś nogi albo złapać na zdjęciu słup telegraficzny. Totalna klapa generalnie. 

Zdjęcie poniżej za to dokumentuje moje zdobycze księgarsko-biblioteczne.

 

 

I tak od prawej mamy: wyzwaniowa "Lukrecja Borgia"Marii Bellonci, która straszy mnie swym rozmiarem. Nie Maria, książka. Później mam "Śmierć pięknych saren" na którą już się nie mogę doczekać, "Śmierć pszczalarza" (dzięki tempranie), nigdy przeze mnie nie czytane "Imię róży" Umberto Eco. To wszystko wyszarpane z biblioteki. "The Secret Scritpure" to zdobycz z allegro za jedyne 9zł, "Sto odcieni bieli" za równie śmieszną cenę, "Kaktus w sercu" - antidotum na powagę jaką się mam zamiar otoczyć. "Zagubiony kosmonauta" Daniela Kaldera dopadłam w księgarni zaraz po przeczytaniu informacji na jej temat na stronie wydawnictwa Czarne, nie mogłam nie kupić. "Urania" jako kontynuacja podróży w afrykańskie rejony i na końcu zauważona na półce u mamu Philippa Gregory, która mieści się w ramach wyzwania.

Czyż nie czeka mnie piękny styczeń?

 

wtorek, 06 stycznia 2009
Podróże

Tak to już jest, pańcia wyjechała na narty, wkleiła byle co a tu nie działało. Poprawiłam wczoraj, ale jako że po powrocie zakwasy nie pozwalają mi pisać będę musiała się streszczać. Śpieszę donieść jedynie, że w bibliotece czekają na mnie już 4 książeczki, z czego jedna do "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla, którą obiecałam sobie przeczytać po lekturze Szczygła Mariusza. Tak więc oprócz tego mam zarezerwowaną "Lukrecję Borgię", "Imię róży" i coś zupełnie nie związanego z wyzwaniem czytelniczym. Zaczęłam "Poza krawędź swiata", ale coś mi się wydaje, że śnieg skutecznie przeszkodzi mi w czytaniu, w końcu zaczął się sezon narciarski.

A piszę ponieważ chciałam się podzielić swym najnowszym odkryciem jakim jest miesięcznik "Podróże". Jestem zachwycona i zastanawiam się dlaczego wcześniej nie zauważyłam go na półkach w Ruchu czy Empiku. Przepiękne zdjęcia, świetne teksty i relacje, doskonała forma. Czasopismo jest pięknie wydane, a każda strona jest takim małym dziełem sztuki. Żadnych zbędnych fotek, mini fotografi tylko niezłe ilustracje i naprawdę piękne zdjęcia. W styczniowym numerze zainteresował mnie artykuł o Śląsku kulturalnym do tego stopnia, że zaplanowałam pojechać do Bytomia odwiedzić te parę miejsc opisanych z magazynie. Jednym słowem, będę się "Podróżami" kierować planując swe eskapady. Możemy znaleźć w nim nawet odrobinę mody a podtytuł "Przewodnik po nowym stylu życia" doskonale oddaje styl miesięcznika. 

sobota, 03 stycznia 2009
Melodia na dziś

 

Chodzi za mną już od dłuższego czasu.

czwartek, 01 stycznia 2009
Kraj Karela Gotta

 

 

Chyba to nie przypadek, że "Gottland" dopadłam szybko po Małgorzacie Szejnert i "Czarnym ogrodzie". Opowiadania Mariusza Szczygła są krótsze, bardziej dosadne, rzeczowe i konkretne zarazem. Nie rozwodzi sie on nad każdym najdrobniejszym szczegółem życia swych bohaterów, nie śledzi ich poczynań od kołyski aż po grób. Wybiera tylko fragmenty, które jak fotografie przekazują jakiś moment, ulotną chwilę. A wiadomo, że cały album zdjęć jest w stanie powiedzieć wiele.

Także w moich oczach Mariusz Szczygieł dużo wyżej plasuje się w rankingu niż Małgorzata Szejnert. Być może gdyby napisał tomiszcze o pięciuset stronach to on zdobyłby nagrodę Cogito. "Gottland" to ani usprawiedliwianie ani osądzanie Czechów za ich charakter narodowy, strach i pokorną zdolność przystosowywania się do każdych okoliczności. Czytając te opowiadania sami musimy ocenić czy szwejkowskie podejście do życia jest dobre czy złe. A przy okazji dowiadujemy się troszkę o historii Czech. 

"Robotnik Josef Kral zastanawia się chwilę. - Bohaterstwo dzisiejszych czasów to zrobić wszystko, czego się od nas chce i czego się od nas żąda - mówi." 

I takie stanowisko zajmowało pewnie wielu, i wiele w taki sam sposób radziłoby sobie z życiem, reżimem, komercją pewnie i dziś, wśród nas. W końcu nasz reżim to teraz pogoń za pieniądzem, a więzienia zastąpiła bieda. 

Najbardziej podobało mi sie opowiadanie "Tylko kobieta" o Lidzie Baarovej, kochance Goebbelsa, najpiękniejszej czeskiej aktorki. Spotykała się z hitlerowcami by grać, występować na scenie, wydawało się, że nie zdaje sobie sprawy ze swej nagannej postawy, w końcu była tylko kobietą, młodą i głupią. Tak przynajmniej twierdziła sama Baarova, ale czy to była obrona przed tym horrorem toczącym się jakby poza nią, czy walka o siebie, nie wiadomo.

Opowiadania ułożone są chronologicznie, zaczynając się od roku 1882 a kończą na roku 2003. I jeszcze taka mała próbka: "W tym czasie w sąsiednich Niemczech władzę absolutną zdobywał mężczyzna, który - jak ktoś zauważył - najbardziej byl wdzięczny swojemu ojcu za porzucenie pospolitego, wiejskiego nazwiska Schlicklgruber. To jasne. Pozdrowienie "Heil Schlicklgruber" byłoby zbyt rozwlekłe."

I takie małe postanowienie zainsirowane lakturą: przeczytać w końcu "Proces", dużo więcej Hrabala i "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla. No a później obejrzeć film.

 

Mariusz Szczygieł Gottland, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006, str. 81, 46.

Na zdjęciu: Lida Baarova, Wikipedia. 

 

Zakładki:
Aktualnie czytam
Czasopisma
I tu zaglądam
Inni o książkach
Kontakt
Przeczytać!
Przeczytane w 2008
Przeczytane w 2009
Przeczytane w 2010
Wyzwania