Wierni przyjaciele, dobre książki i uśpione sumienie - oto ideał życia Mark Twain
Blog > Komentarze do wpisu
"Czarodziejska Góra"

 

Bogata to książka, zarówno w piękny język jak i w wartość samą w sobie. Sięgnęłam po nią bo to przecież arcydzieło literatury, klasyka i rzecz którą przeczytać trzeba. Jednak odniosłam wrażenie że to taki pomnik postawiony przez Tomasz Manna samemu sobie. Ile tam opisów, rozważań, myśli, przemyśleń – chciałabym pisać choć w jednej dziesiątej jak Mann. Posiada on niesamowitą lekkość pióra, pokazuje nam że z językiem i naszą wyobraźnią potrafi zrobić wszystko. No bo kto mógłby opisywać toaletę poranną przez 20 stron a samo śniadanie trzy razy dłużej. I ta książka jest dowodem na ten kunszt literacki, niewiele akcji rozwlekać w 800 stronach. To właśnie przez to miałam momenty zwątpienia, owszem, ale cieszę się że przez „Czarodziejską Górę” przebrnęłam.

Rzecz dzieje się w sanatorium w Davos gdzie przyjeżdża Hans Castorp, młody świeżo upieczony absolwent, po to tylko by odwiedzić swego kuzyna Joachima. Dojechawszy na miejsce ma trudności z aklimatyzacją, dziwi i nudzi go życie prowadzone w sanatorium. Jako człowiek z zewnątrz czuje się zwolniony z wszelkiej troski o swe zdrowie. Jednak w miarę przyzwyczajania się do sanatoryjnej codzienności Castorp wtapia się w spokojny żywot kuracjuszy i o dziwo, zauważa problemy ze swym zdrowiem. Jak się okazuje, w przededniu swego planowanego wyjazdu Hansa dopada gorączka a jego pobyt zostaje przedłużony na czas nieokreślony. Cała książka opisuje „przygody” Hansa w sanatorium, jego perypetie związane z zakochaniem się w pięknej Rosjance i powolne dojrzewanie intelektualne i emocjonalne. Te nudne „przygody” pozwalają odkryć wnętrze głównego bohatera, jego myśli i rozważania.

Podobały mi się refleksje Hansa związane z czasem, twierdził on że czynności miłe wcale niekoniecznie muszą trwać tyle samo jak te nużące - chociaż wskazówki zegara jednoznacznie wskazują taki sam czas trwania. W końcu czas jest pojęciem względnym a nasze postrzeganie może nadać mu zupełnie inny wymiar. Dużo takich filozoficznych dysput toczą Settembrini i Naphta – znajomi Castorpa, którzy reprezentują dwa filozoficzne poglądy na temat świata i polityki. Settembrini – typowo zachodnie podejście do życia, Naphta – zainteresowany mistyką i wschodnimi nurtami politycznymi. Castorp stoi między nimi próbując wyrobić sobie opinię i zabrać jakieś stanowisko. Cały jego pobyt jest jakby walką pomiędzy chęcią zaspokajania swych potrzeb ciała a potrzeb ducha.

Sanatorium jest domem dla ludzi wszelkich narodowości i tutaj Mann użył chyba wszelkich stereotypów jakie można sobie wyobrazić. Otóż Włoch Settembrini to wesołek, żywiołowy, gadatliwy, wszędzie go pełno, nie śmierdzi bogactwem. Rosjanie na przykładzie małżeństwa sąsiadującego obok pokoju Castorpa to rozpasana, rubaszna para która nie dba o innych a jedynie o swe własne żądze. Z kolei pani Chauchat to piękna, tajemnicza kobieta jakich w Rosji według Manna pełno. Byli tam też roztrzęsieni Francuzi nie potrafiący otrząsnąć się z tragedii życia czy rozrywkowa niemiecka młodzież. Książka jest pełna śmiesznych typów ludzkich odkrywających swoje ułomności i wariactwa tylko dzięki temu, że znajdują się w sanatorium „Berghof”. To miejsce gdzie można łamać wszelkie reguły, zapomnieć o konwenansach i ograniczeniach.

Jak dla mnie, Berghof to taka Unia Europejska gdzie wszyscy trafili za swą zgodą jednak zwabieni przez ludzi z wewnątrz. To miejsce gdzie wszyscy współegzystują, urozmaicają sobie czas, tworzą reguły wspólnoty i są tylko pozornie zadowoleni. Bunt nie jest tu dobrze widziany. Złe strony sanatorium (zgony) ukrywane są przed kuracjuszami. Pozostaje nam mieć tylko nadzieję że, w przeciwieństwie do książki, finałem nie będzie wojna. Oczywiście jak zwykle to moja nadinterpretacja z której się już nie wyleczę.

„Czarodziejską Górę” polecam tym, którzy mają czas niespiesznie usiąść przy kubku herbaty i delektować się językiem i treścią. Absolutnie nie polecam tym zaangażowanych w danym we wszystkie obowiązki świata, bo książka aż tak nie porywa i można zasnąć z twarzą jak zakładka.

wtorek, 09 września 2008, ksiazkowo

Polecane wpisy

  • "Półbrat" na początek roku

    Nowy rok zaczęłam od powieści cięższego kalibru, mianowicie osławionego już przez Chihiro „Półbrata” autorstwa Larsa Saabye Christensena. Czy było

  • Żadne podsumowanie, takie tam

    Nie zajmę się podsumowywaniem roku ponieważ pod względem czytelniczym wypadł on blado, nie sięgnęłam żadnych szczytów ani nie pobiłam żadnego rekordu. Ale to ni

  • "Niziny" Herta Muller

    Wzięłam do ręki książkę „Niziny” Herty Muller i zaintrygowała mnie od pierwszego spojrzenia. Ale nie dzięki okładce a zdjęciu autorki znajdującym si

Komentarze
2008/09/10 10:48:48
Uwielbiam tę książkę. Jest po prostu mistrzowska.
-
abiela
2008/09/12 23:18:54
Mnie się Budenbrokowie bardziej podobali, więcej akcji:) "Czarodziejską górę" zmęczyłam:)
-
dr_ewa999
2008/09/12 23:31:52
" czarodziejskągórę " przeczytałam kilka lat temu,interesujaca aczkolwiek nie należy do pozycji, ktore sie pochlania w ciągu jednej nocy :)
-
2009/04/29 22:23:45
czytalam ją wieki temu i po twojej recenzji mam ochotę do niej wrócić :) pamiętam, że wtedy niewiele zrozumiałam z rozmów castorpa z settembrinim, ciekawe jak bym to teraz odebrała :)
Pozdrawiam
-
Gość: , *.tpn.ceron.pl
2010/08/13 18:01:55
"Czarodziejska góra" jest książką do której wracam co jakiś czas. To powracanie polega na tym, że otwieram książkę na chybił trafił i podczytuje i tak przez jakaś dłuższą chwilkę. Jak już się słowem, nastrojem, klimatem tą specyficzną powolnością nasycę odkładam ja spokojnie na półkę (w podobny sposób powracam jeszcze tylko do jednej książki "Widnokrąg" Myśliwskiego uhm cuuudo!) a podczas czytania Czarodziejskiej zupełnie odleciałam i miałam problemy z zegarkiem hihi. A tak się akurat zdarza, że czytam książkę Mazzucco "Tak ukochana" główną postacią jest Annemarie Schwarzenbach" i fakt ten nie miał by żadnego związku z Czarodziejską i z Mannem ale ma z tej prostej przyczyny, że bohaterka przyjaźni się z córką Manna Erica i synem Klausem Mannem autorem Mefisto. Tomasz Mann nazywał Annemarie "znużonym aniołem". Z tej koincydencji tematycznej i czasowej wnioskuję, że nic się nie dzieję przypadkowo!:)) Pozdrawiam zatem autorkę bloga podwójnie:)